FANDOM


Przetłumaczyła: Barbara Kopeć-Umiastowska.

Popr
Nast



ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
AS W RĘKAWIE


Artemis spróbował nacisnąć klamkę, ale jego trud zaowocował jedynie oparzeniem dłoni. Drzwi były zaspawane - wróżka zapewne strzeliła do nich z miotacza. Bardzo zmyślnie. Jedna osoba wyeliminowana z akcji. Sam postąpiłby dokładnie tak samo.

Nie tracił czasu na próbę otwarcia drzwi. Zbudowano je z utwardzanej stali, on zaś miał jedynie dwanaście lat. Zamiast daremnie się wysilać, nasz geniusz zbliżył się do rzędu monitorów pod przeciwległą ścianą i jął obserwować dalszy przebieg wydarzeń.

Od razu zrozumiał, co knuje SKRZAT- wysłali trolla, aby zmusić mieszkańców dworu do wołania o pomoc, które można by zinterpretować jako wezwanie. Zanim on, Fowl, zdążyłby się obejrzeć, dwór zostałby zajęty przez szturmową brygadę goblinów. Wybieg chytry, a co więcej, niespodziewany. Już drugi raz nie docenił przeciwnika. Ale nie zamierzał dopuścić, żeby powtórzyło się to po raz trzeci.

Dramatyczne zajścia w holu, widoczne na monitorach, wzbudziły w Artemisie całą gamę emocji, od przerażenia do dumy. Butler dokonał rzeczy niemożliwej -pokonał trolla, przy czym z jego ust nie wydobyło się ani słowo skargi. Obserwując walkę, Artemis po raz pierwszy w pełni uświadomił sobie, jak cenne usługi wyświadcza mu rodzina Butlerów.

Uruchomił trójzakresowe radio, nadające na zmiennych częstotliwościach.

- Komendancie Bulwa, mniemam, iż prowadzi pan nasłuch na wszystkich kanałach...

Przez chwilę z głośników wydobywał się jedynie szum, po czym Artemis usłyszał trzask włączanego mikrofonu.

- Słyszę cię, człowieku. Czym mogę służyć?

- Czy to komendant?

Przez czarne płótno przedostał się jakiś odgłos, dziwnie przypominający rżenie.

- Nie, to nie komendant. Mówi Ogierek, faun [1]. Czy mam do czynienia z Fowlem, porywaczem i łobuzem?

Artemis przez dłuższą chwilę nie mógł pojąć, że właśnie został obrażony.

- Panie... ee... Ogierek. Najwyraźniej nie czytał pan podręczników psychologii. Obrażanie kogoś, kto przetrzymuje zakładnika, to nie najmądrzejszy pomysł. Przecież mógłbym się okazać niezrównoważony.

- Mógłbyś się okazać? Nie ma najmniejszych wątpliwości, że jesteś niespełna rozumu! Nieważne; wkrótce i tak zamienisz się w obłoczek radioaktywnych cząstek.

- I tu się mylisz, mój czworonożny przyjacielu -zaśmiał się Artemis. - Kiedy wybuchnie biobomba, będę już daleko od waszego pola czasowego.

Tym razem zaśmiał się Ogierek.

- Blefujesz, człowieku. Gdyby istniał sposób na wymknięcie się z pola, znałbym go. Gadasz, co ci ślina...

Na szczęście w tym momencie mikrofon przejął komendant Bulwa.

- Fowl? Tu Bulwa. Czego chcesz?

- Chciałem pana po prostu poinformować, że pomimo waszej nielojalności nadal jestem gotów do negocjacji.

- Nie miałem nic wspólnego z trollem - zaprotestował Bulwa. - Zrobiono to wbrew mej woli.

- Ale zrobiono. Utraciłem do was resztę zaufania. Oto więc moje ultimatum. Macie trzydzieści minut, żeby dostarczyć mi złoto, w przeciwnym razie nie uwolnię kapitan Niedużej. Ponadto nie zabiorę jej ze sobą, kiedy będę opuszczał pole czasowe, i zostanie unicestwiona przez biobombę.

- Nie bądź głupi, człowieku. Oszukujesz sam siebie. Nasza technologia wyprzedza błotną o całe eony. Nie istnieje sposób, żeby uciec z pola czasowego.

Artemis nachylił się do mikrofonu z wilczym uśmiechem.

- Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać, Bulwa. Chcesz uzależnić życie kapitan Niedużej od swoich przeczuć?

Szum zakłóceń podkreślił jeszcze wahanie Bulwy. W jego odpowiedzi, gdy wreszcie nastąpiła, zabrzmiał ton klęski, dokładnie taki, jak należy.

- Nie - westchnął. - Nie chcę. Dostaniesz swoje złoto, Fowl. Tonę dwudziestoczterokaratowego złota.

Artemis skrzywił się szyderczo. Ależ komediant z tego Bulwy.

- Trzydzieści minut, komendancie. Jeśli wasz zegar stoi, liczcie sekundy. Czekam. Ale nie będę czekał zbyt długo.

Artemis przerwał połączenie i wyciągnął się w obrotowym fotelu. Najwyraźniej przynęta chwyciła. Analitycy SKRZAT z pewnością wykryli jego „przypadkowe" wezwanie. Wróżki zamierzały zapłacić okup, gdyż wierzyły, iż odzyskają złoto natychmiast po śmierci Artemisa, kiedy biobomba zamieni go w parę wodną. Co, oczywiście, nigdy nie nastąpi. Przynajmniej w teorii.


Butler władował we framugę drzwi trzy serie. Same drzwi zrobiono ze stali, od której pociski niszczące odbiłyby się rykoszetem. Ale obramowanie zbudowano z takiej samej cegły jak cały dom, porowatej i kruchej niczym kreda. Zasadnicze niedociągnięcie systemu bezpieczeństwa, które trzeba będzie naprawić, kiedy tylko skończy się ta sprawa.

Panicz Artemis czekał spokojnie, rozparty w fotelu przy rzędzie monitorów.

- Dobra robota, Butler.

- Dziękuj?, Artemisie. Mieliśmy tam pewne trudności i gdyby nie pani kapitan...

- Tak, widziałem - skinął głową Artemis. - Uzdrawianie to jeden z kunsztów wróżek. Ciekawe, czemu to zrobiła.

- Też się nad tym zastanawiam - powiedział cicho Butler. - Z pewnością na to nie zasłużyliśmy. Artemis obrzucił go badawczym spojrzeniem.

- Nie trać wiary, przyjacielu. Koniec już bliski.

Butler przytaknął, usiłował nawet się uśmiechnąć. Ale mimo że wyszczerzył mnóstwo zębów, w jego uśmiechu nie było serca.

- Za niecałą godzinę kapitan Nieduża znajdzie się wśród swoich, a my otrzymamy dostatecznie dużo pieniędzy, by rozpocząć bardziej eleganckie przedsięwzięcia.

- Wiem, po prostu...

Artemis nie musiał pytać. Doskonale rozumiał uczucia Butlera. Wróżka ocaliła życie im obu, oni zaś wciąż się upierali, by żądać za nią okupu. Dla człowieka honoru, takiego jak Butler, było to niemal nie do zniesienia.

- Negocjacje skończone. Kapitan Nieduża wróci do swoich w taki czy inny sposób. Nic jej się nie stanie, daję ci na to słowo.

- A Julia?

- Tak?

- Czy cokolwiek grozi mojej siostrze?

- Nie. Nic.

- Wróżki tak po prostu oddadzą nam złoto i pójdą sobie?

Artemis parsknął lekko.

- No, nie całkiem. Kiedy tylko kapitan Nieduża będzie bezpieczna, zrzucą biobombę na dwór Fowlów.

Butler zaczerpnął tchu, aby coś powiedzieć, ale zawahał się. Najwyraźniej Artemis miał jakiś plan, a wszystkich koniecznych wyjaśnień udzieli we właściwym czasie. Zamiast więc zadręczać chlebodawcę pytaniami, powiedział po prostu:

- Ufam ci, Artemisie.

- Tak - odparł chłopiec z brwią zmarszczoną pod brzemieniem owego zaufania. - Wiem.


Pałka zajęty był ulubioną czynnością polityków - unikaniem odpowiedzialności.

- Twoja funkcjonariuszka udzieliła tym ludziom pomocy - żachnął się, próbując wyrazić jak największe oburzenie. - Operacja przebiegała zgodnie z planem, dopóki ta baba nie zaatakowała mojego zastępcy.

- Zastępcy? - Bulwa dławił się ze śmiechu. - Troll jest twoim zastępcą?

- Owszem. A ten człowiek posiekał go na kotlet. Byłoby już po wszystkim, gdyby nie wasza niekompetencja.

Normalnie w takiej sytuacji Bulwa straciłby panowanie nad sobą. Ale wiedział, że Pałka chwyta się brzytwy, rozpaczliwie usiłując ratować resztki kariery. Więc tylko się uśmiechnął:

- Ogierek?

- Tak, komendancie?

- Czy mamy na dysku atak trolla?

Faun [1] westchnął teatralnie.

- Nie, sir, tuż przed jego wkroczeniem skończyła nam się pamięć dyskowa.

- Jaka szkoda.

- Rzeczywiście, źle się stało.

- Gdyby nasz tymczasowy dowódca stanął przed komisją, ten dysk byłby dla niego bezcenny. Opanowanie Pałki prysło jak bańka mydlana.

- Juliuszu, daj mi ten dysk! Wiem, że go macie! To jawne utrudnianie postępowania!

- To wy jesteście odpowiedzialni za utrudnienia, Pałka. Próbowaliście wykorzystać tę sprawę, żeby zrobić karierę.

Oblicze Pałki przybrało barwę jaskrawszą niż twarz Bulwy. Grunt usuwał mu się spod nóg i wiedział o tym. Chix Gryzoń i inne duszki jęły odsuwać się od swego przywódcy.

- Nadal tu dowodzę, Juliuszu! Dawaj te dyski albo każę cię aresztować.

- Ach, naprawdę? Ty? Jakimi siłami?

Przez chwilę twarz Pałki przybrała dawny, nadęty wyraz, który jednak zniknął bez śladu, gdy porucznik zauważył wokół siebie wymowną nieobecność podwładnych.

- Otóż to - zarechotał Ogierek. - Nie pełni pan już obowiązków dowódcy. Mieliśmy telefon z dołu. Wzywają pana na Radę, ale chyba nie po to, żeby zaproponować panu fotel.

Zapewne szyderczy uśmiech Ogierka był kroplą, która przelała czarę goryczy Pałki.

- Dawajcie ten dysk! - ryknął, przyciskając fauna [1] do burty wahadłowca.

Bulwę kusiło, by pozwolić im na zapasy, jednak z żalem zrezygnował z rozrywki.

- Niegrzeczny, oj, niegrzeczny- powiedział, grożąc Pałce palcem. - Tylko mnie wolno bić Ogierka.

Ogierek pobladł.

- Ostrożnie z tym palcem, komendancie. Ciągle ma pan...

Bulwa przypadkowo zawadził kciukiem o knykieć. Maleńki zawór gazu otworzył się i uruchomił strzałkę ze środkiem uspokajającym, która przebiła plastikową osłonkę i utkwiła w szyi Pałki. Tymczasowy dowódca - który niebawem miał zamienić się w szeregowego funkcjonariusza - osunął się na ziemię jak kłoda.

Ogierek potarł kark.

- Niezły strzał, komendancie.

- Nie wiem, o czym mówicie, Ogierek. To kompletny przypadek. Całkiem zapomniałem o fałszywym palcu. Słyszałem, że zdarzały się precedensy,

- Ależ tak, oczywiście. Niestety, Pałka przez kilka godzin będzie nieprzytomny. Zanim się obudzi, zabawa się skończy.

- Szkoda - Bulwa pozwolił sobie na przelotny uśmiech, po czym przystąpił do rzeczy.

- Jest złoto?

- Tak, właśnie przywieźli.

- Dobrze. - Zwrócił się do speszonych podwładnych Pałki. - Załadujcie je na wózek poduszkowca i wyślijcie do dworu. Cień kłopotów, a oberwę wam skrzydełka, zrozumiano?

Nikt nie odpowiedział, ale niewątpliwie wszyscy zrozumieli.

- Dobra. A teraz, sprężać się. Bulwa znikł wewnątrz wahadłowca, Ogierek poczłapał w ślad za nim. Komendant mocno zamknął drzwi.

- Uzbrojona?

faun [1] pstryknął kilkoma sporymi przełącznikami na głównym pulpicie sterowniczym.

- Teraz już tak.

- Musimy jak najszybciej ją wystrzelić. - Zerknął przez przeciwlaserową szybę refrakcyjną. - Mamy zaledwie kilka minut. To pierwszy brzask.

Ogierek pochylił się w skupieniu nad klawiaturą.

- Czary przestają działać. Za piętnaście minut znajdziemy się w środku powierzchniowego dnia. Strumienie neutrino tracą spójność.

- Widzę - powiedział Bulwa, co właściwie było kłamstwem. - No dobra, nie widzę - poprawił się. - Ale rozumiem, że mamy tylko kwadrans. To nam daje dziesięć minut, żeby wydostać stamtąd kapitan Niedużą. Potem staniemy się celem dla całego rodzaju ludzkiego. Ogierek uruchomił kolejną kamerę, podłączoną do wózka poduszkowca. Eksperymentalnie przeciągnął palcem po tabliczce sterującej. Wózek skoczył do przodu, niemal obcinając głowę Chiksowi Gryzoniowi.

- Świetnie prowadzisz - mruknął szyderczo Bulwa. - Wjedzie po schodach?

Ogierek nawet nie podniósł głowy znad komputera.

- Automatyczna kompensacja nierówności. Półmetrowy odbojnik. Nie ma problemu.

Bulwa przygwoździł go wściekłym spojrzeniem.

- Robisz to specjalnie, żeby mnie rozzłościć, prawda?

- Może i tak - Ogierek wzruszył ramionami.

- Masz szczęście, że moje pozostałe palce nie są uzbrojone. Pojmujesz, o czym mówię?

- Tak jest.

- Dobrze. No, to sprowadźmy kapitan Niedużą do domu.


Holly unosiła się pod portykiem. Błękit za oknem przecinały błyski pomarańczowego światła. Zatrzymanie czasu traciło moc. Za kilka minut Bulwa zrobi wszystkim płukankę, pomyślała. W słuchawkach zabrzęczał głos Ogierka.

- Okej, Nieduża. Złoto już jedzie. Bądź gotowa do odwrotu.

- Przecież nie pertraktujemy z porywaczami - zdziwiła się Holly. - Co się dzieje?

- Nic - odparł Ogierek beztrosko. - Zwykła wymiana. Złoto wjeżdża, ty wychodzisz. Wysyłamy rakietę, duże niebieskie bum, i po krzyku.

- Czy Fowl wie o biobombie?

- A jakże. Twierdzi, że wszystko wie i potrafi uciec z pola czasowego.

- Niemożliwe.

- Właśnie.

- Ależ oni wszyscy zginą!

- Wielkie rzeczy - parsknął Ogierek i Holly prawie zobaczyła, jak wzrusza ramionami.

- Tak to jest, kiedy się zadziera z naszym Ludem.

Holly poczuła się rozdarta. Nie ulegało wątpliwości, że Fowl stanowił zagrożenie dla cywilizowanego podziemia. Nikt by po nim nie płakał. Ale dziewczyna, Julia, była niewinna. Należała się jej jakaś szansa.

SKRZATka obniżyła lot i znalazła się dwa metry nad ziemią, na wysokości głowy Butlera. Ludzie zebrali się w ruinach dawnego holu. Nie mogli dojść między sobą do porozumienia, wyczuwała to doskonale.

Łypnęła oskarżycielsko na Artemisa.

- Już im powiedziałeś?

Artemis zrewanżował się jej przeciągłym spojrzeniem.

- Powiedziałem im co?

- Tak, wróżko, co miał nam powiedzieć? - powtórzyła gniewnie Julia, wciąż trochę obrażona z powodu mesmeryzacji.

- Nie udawaj idioty, Fowl. Wiesz, o czym mówię. Artemis nigdy nie umiał długo udawać idioty.

- Owszem, kapitan Nieduża. Wiem. Biobomba. Twoja troska byłaby wzruszająca, gdyby dotyczyła mojej osoby. Ale nie ma powodu do obaw. Wszystko rozwija się zgodnie z planem

- Zgodnie z planem? - zawołała Holly, wskazując na otaczające ich pobojowisko. - To też była część planu? Butler omal nie zginął! Taki miałeś plan?

- Nie - przyznał Artemis. - Troll stanowił pewne zakłócenie. Jednak nieistotne dla całości.

Holly z trudem oparła się pokusie, by znów przyłożyć blademu człowiekowi, i zwróciła się do Butlera.

- Na litość boską, myślcie rozsądnie. Nie uciekniecie z pola czasowego. Nikomu dotychczas się to nie udało.

Twarz służącego wyglądała niczym wykuta w kamieniu.

- Skoro Artemis mówi, że można, to można.

- A twoja siostra? Chcesz ryzykować jej życie, kierując się lojalnością wobec przestępcy?

- Artemis to nie przestępca, panienko, to geniusz. Teraz, proszę, usuń się z linii mego wzroku. Obserwuję główną bramę.

Holly wzniosła się na wysokość sześciu metrów.

- Oszaleliście wszyscy! Za pięć minut zostanie z was sieczka, nie rozumiecie? Artemis westchnął.

- Słyszałaś odpowiedź, pani kapitan. Teraz bądź tak dobra... To delikatny etap akcji.

- Akcji? To porwanie! Miej przynajmniej odwagę nazywać rzeczy po imieniu!

Cierpliwość Artemisa zaczynała się wyczerpywać.

- Butler, mamy jeszcze strzykawkę ze środkiem usypiającym?

Wielki służący przytaknął, lecz nie odezwał się. Nie był pewien, jak by postąpił, gdyby w tym właśnie momencie otrzymał rozkaz uśpienia Holly - czy chciałby, czy umiałby to zrobić. Na szczęście uwagę Artemisa zwrócił ruch na podjeździe.

- Aha, zdaje się, że SKRZAT skapitulował. Butler, nadzoruj transport. Ale bądź czujny. Nasi mali przyjaciele mają parę sztuczek w zanadrzu.

- I kto to mówi - mruknęła Holly.

Butler pośpieszył do zniszczonych drzwi, po drodze sprawdzając, czy jego dziewięciomilimetrowy sig sauer jest załadowany. Czuł niemal ulgę, że konkretne działanie chwilowo zepchnęło na dalszy plan rozterkę, jaką przeżywał. W takich sytuacjach górę brało wyszkolenie i nie było miejsca na sentymenty.

Przed drzwiami wciąż unosiła się mgiełka kurzu. Butler zmrużył oczy i wpatrzył się w aleję. Filtry przeciwwróżkowe, zamontowane na okularach, nie wykazywały obecności obiektów, wydzielających ciepło. Do domu zbliżał się natomiast duży wózek, najwyraźniej samobieżny, unoszący się na poduszce rozmigotanego powietrza. Panicz Artemis zapewne wiedziałby, jaka zasada fizyki kieruje tym pojazdem, lecz Butlera zajmowało jedynie pytanie, czy będzie umiał go rozbroić.

Wózek stuknął o pierwszy stopień.


- Automatyczna kompensacja, boki zrywać - parsknął Bulwa.

- Dobra już, dobra - odparł Ogierek. - Przecież się staram.


- To okup! - krzyknął Butler. Artemis z trudem tłumił podniecenie, wzbierające w jego piersi. Nie mógł sobie teraz pozwolić na emocje.

- Sprawdź, czy nie ma pułapki. Butler ostrożnie wyszedł na ganek. Pod jego stopami zachrzęściły szczątki rozbitego gargulca.

- Wroga nie widać. Wygląda na samojezdny. Wózek, kołysząc się, wjeżdżał na schody.

- Nie wiem, kto prowadzi ten pojazd, ale przydałoby mu się parę lekcji.

Butler schylił się nisko i obejrzał podwozie platformy.

- Nie widać urządzeń wybuchowych. Wyjął z kieszeni szperacz i wyciągnął antenę teleskopową.

- Podsłuchu też nie ma. W każdym razie nic nie wykryłem. Ale, ale, co my tu mamy?


- Oho - mruknął Ogierek.


- To kamera.

Butler pociągnął za kabel i wydobył obiektyw „rybie oko".

- Dobranoc, panowie.

Mimo obciążenia wózek z łatwością zareagował na dotknięcie służącego. Lekko wtoczył się do holu i zatrzymał się, mrucząc cicho, jakby zapraszał do rozładunku.

Teraz, kiedy nadeszła oczekiwana chwila, Artemis niemal lękał się ją wykorzystać. Nie mógł uwierzyć, że po tylu miesiącach jego niecny plan lada moment miał się spełnić. Oczywiście, ostatnie minuty zawsze są najistotniejsze i najbardziej niebezpieczne.

- Otwórzcie - rzekł wreszcie, zdumiony drżeniem, które usłyszał w swoim głosie.

Owa chwila miała nieodparty urok. Julia podeszła niepewnie do wózka, unosząc błyszczące powieki. Nawet Holly zmniejszyła trochę obroty i obniżyła lot, a jej stopy niemal dotknęły marmurowych płyt posadzki. Butler rozpiął czarną plandekę i odsłonił ładunek.

Wszystkim odjęło mowę, Artemisowi zaś wydało się, że gdzieś w oddali słyszy uwerturę Rok 1812 Piotra Czajkowskiego. Złote sztabki leżały w błyszczących rzędach. Wydawały się emanować aurą, ciepłem, lecz także nieuchronnym zagrożeniem. Wielu ludzi chętnie umarłoby - lub zabiło - dla niewyobrażalnego bogactwa, jakie mógł dać im ten kruszec.

Holly stała jak urzeczona. Wróżki, które wywodzą się z wnętrza ziemi, mają wielką skłonność do minerałów, a ich ulubionym metalem jest złoto ze względu na jego połysk i powab.

- Zapłacili - tchnęła. - Nie do wiary.

- Ja też nie wierzę - wyszeptał Artemis. - Butler, czy to prawdziwe?

Służący podniósł ze stosu sztabkę i zdrapał czubkiem noża maleńką drzazgę.

- Prawdziwe, a jakże - powiedział, unosząc próbkę do światła. - Przynajmniej to, które trzymam w ręku.

- Świetnie. Doskonale. Zacznijcie rozładunek, dobrze? Odeślemy im wózek razem z kapitan Niedużą.

Dźwięk własnego nazwiska uśmierzył gorączkę złota Holly.

- Artemis, oddaj to. Żadnemu człowiekowi nie udało się zatrzymać złota wróżek. Od wieków różni ludzie starają się je zdobyć. SKRZAT zrobi wszystko, by ocalić swoją własność.

Artemis z rozbawieniem pokręcił głową.

- Mówiłem ci...

Holly potrząsnęła jego ramieniem.

- Nie uda się wam uciec! Nie rozumiesz?

Chłopiec odwzajemnił się jej chłodnym spojrzeniem.

- Ja to potrafię, Holly. Spójrz mi w oczy i powiedz, że to niemożliwe.

Kapitan Nieduża spojrzała w czarnoniebieskie oczy swego ciemięzcy i dostrzegła w nich prawdę. I przez sekundę w nią uwierzyła.

- Jest jeszcze czas - powiedziała z rozpaczą. - Musimy coś wymyślić. Mam czarodziejską moc.

Czoło chłopca przecięła zmarszczka rozdrażnienia.

- Z przykrością panią rozczaruję, pani kapitan, ale nie można już nic zrobić. Zawahał się, mimowolnie kierując wzrok w górę, ku poddaszu. A może? - pomyślał. Czy naprawdę potrzebuje całego tego złota? Czyż nie dokucza mu sumienie, odbierając słodycz zwycięstwu? Otrząsnął się. Trzymać się planu. Trzymać się planu. Żadnych uczuć. Poczuł na ramieniu znajome dotknięcie.

- W porządku?

- Tak, Butler. Pracuj dalej, niech Julia ci pomoże. Muszę porozmawiać z kapitan Niedużą.

- Jesteś pewien, że dobrze się czujesz?

- Nie, stary przyjacielu - westchnął Artemis. - Nie jestem pewien. Ale już jest za późno.

Butler skinął głową i wrócił do pracy. Julia podreptała za nim niczym terier.

- A teraz, pani kapitan, w sprawie czarów.

- Co konkretnie? - oczy Holly pociemniały od podejrzeń.

- Mogę kupić sobie życzenie? Holly zerknęła na wózek.

- To zależy. A co proponujesz?


Nie można powiedzieć, by komendant Bulwa czuł się beztrosko. Błękit nad jego głową przecinały coraz to szersze pasma żółtego światła. Do świtu pozostały dosłownie minuty. Minuty! Ponadto cuchnące cygaro, którym zatruwał swój organizm, nie wpływało korzystnie na jego migrenę.

- Czy ewakuowano cały zbędny personel?

- Chyba że przekradli się z powrotem od chwili, gdy pan ostatnio mnie o to pytał.

- Przestańcie, Ogierek. Wierzcie mi, nie pora na żarty. Są jakieś wieści od kapitan Niedużej?

- Nic. Utraciliśmy wizję po aferze z trollem. Podejrzewam, że ma uszkodzoną baterię. Kiedy wyjdzie, musimy jak najszybciej zdjąć z niej kask, inaczej promieniowanie usmaży jej mózg. Szkoda by było tej całej pracy.

Ogierek wrócił do pulpitu, na którym zaczęło łagodnie pulsować czerwone światełko.

- Chwileczkę, włączył się sensor ruchu. Coś się dzieje przy głównym wejściu.

- Możecie to wzmocnić? - Bulwa podszedł do ekranu.

- Jasne - Ogierek wprowadził współrzędne i powiększył obraz o czterysta procent. Bulwa usiadł na najbliższym krześle.

- Widzicie to, co ja widzę?

- No pewnie - zaśmiał się faun [1]. - To jeszcze lepsze niż ta średniowieczna zbroja.

Z drzwi wyjechał wózek, a na nim Holly razem ze złotem.


Odzysk znalazł się przy niej w pół sekundy.

- Musimy wyprowadzić panią z niebezpiecznej strefy, pani kapitan - ponaglał jakiś chochlik, łapiąc Holly za łokieć.

Inny duszek przejechał po jej kasku licznikiem promieniowania.

- Ma pani przerwę w zasilaniu, pani kapitan. Trzeba jak najszybciej spryskać pani głowę.

Holly próbowała zaprotestować, lecz ktoś natychmiast napełnił jej usta pianką przeciwpromienną.

- Nie można z tym poczekać? - zakrztusiła się.

- Przepraszamy, pani kapitan. Czas jest niezwykle istotny. Komendant chce panią przesłuchać, zanim odpalimy.

Oddział uprowadził Holly w stronę ruchomego sztabu tak szybko, że jej stopy ledwie dotykały ziemi. Jak okiem sięgnąć, czyściciele Odzysku przeszukiwali teren, likwidując wszelkie ślady oblężenia. Technicy rozbierali polowe anteny satelitarne, przygotowując się do wyłączenia zasilania. Wózek, sterowany nieartykułowanymi stęknięciami, jechał z wolna w stronę portalu. Przepisy bezwzględnie nakazywały, aby przed wybuchem biobomby wszystko, sprzęt i wróżki, zostało przeniesione na bezpieczną odległość.

Na stopniach wahadłowca czekał na nią Bulwa.

- Holly- wyrwało mu się. - To znaczy, pani kapitan. Udało wam się.

- Tak jest, sir. Dziękuję, sir.

- No i złoto. To prawdziwy tytuł do chwały.

- Ale nie całe, komendancie. Mniej więcej połowa.

- Nie szkodzi - skinął głową Bulwa. - Niebawem odzyskamy resztę.

Holly otarła z czoła piankę przeciwradiacyjną.

- Zastanawiałam się nad tym, sir. Fowl popełnił błąd. Nie zakazał mi ponownego wstępu do domu, a skoro sam mnie tu przywiózł, wezwanie nadal obowiązuje. Mogłabym wejść i zatrzeć pamięć mieszkańców, ukrylibyśmy złoto w ścianach i jutro zatrzymalibyśmy czas...

- Nie, pani kapitan.

- Ależ komendancie...

Na twarz Bulwy powrócił wyraz napięcia.

- Nie, kapitanie. Rada nie zamierza wstrzymywać operacji dla jakiegoś Błotniaka Porywacza. Po prostu nie. Mam wyraźne rozkazy i możecie mi wierzyć, są wykute w kamieniu.

Holly pociągnęła Bulwę do wahadłowca.

- Ale dziewczyna, komendancie. Przecież jest niewinna!

- Ofiara wojny. Opowiedziała się po niewłaściwej stronie. Nic już nie da się dla niej zrobić.

- Ofiara wojny? - zawołała Holly z niedowierzaniem. - Jak może pan tak mówić? Życie to życie!

Bulwa odwrócił się gwałtownie i chwycił wróżkę za ramiona.

- Zrobiłaś, co mogłaś, Holly - powiedział. - Nikt nie dokonałby więcej. Odzyskałaś nawet większą część okupu. Ale cierpisz na objaw, który ludzie nazywają syndromem sztokholmskim, czujesz więź z porywaczami. Nie martw się, to minie. Słuchaj, ci ludzie w środku wiedzą! Wiedzą o nas! Nic nie może ich ocalić.

Ogierek uniósł głowę znad obliczeń.

- Technicznie rzecz biorąc, to nieprawda. A propos, witaj w domu.

Holly nie zamierzała poświęcać ani sekundy na przywitanie.

- Jak to, nieprawda?

- U mnie też wszystko dobrze, skoro już o to pytasz.

- Ogierek! - wrzasnęli chórem Holly i Bulwa.

- No, Księga powiada:

Jeśli Człek Błotny złoto posiędzie,Zwalczy moc wróżek i ich żołędzie,Wtedy zachowa skarb nasz przy sobie, Póki snem wiecznym nie legnie w grobie.

Więc jeśli człowiek przeżyje, wygrywa. Po prostu. Nawet Rada nie postąpi wbrew wskazaniom Księgi.

- Powinienem się tym przejmować? - zapytał Bulwa, drapiąc się w brodę.

Ogierek zaśmiał się bezradośnie.

- Nie. Właściwie oni już nie żyją.

- „Właściwie" mi nie wystarcza.

- Czy to rozkaz?

- Owszem, żołnierzu.

- Nie jestem żołnierzem - powiedział Ogierek i nacisnął guzik.


Butler nie posiadał się ze zdumienia.

- Zwróciłeś złoto? Artemis przytaknął.

- Mniej więcej połowę. I tak mamy niezłą fortunkę. Około piętnastu milionów dolarów po dzisiejszych cenach rynkowych.

Butler, który zwykle o nic nie pytał, teraz nie wytrzymał.

- Dlaczego, Artemisie? Możesz mi powiedzieć?

- Chyba tak - uśmiechnął się chłopiec. - Wydawało mi się, że jesteśmy coś winni pani kapitan. Za wyświadczone usługi.

- I to wszystko?

Artemis skinął głową. Nie widział potrzeby, aby wspominać o swoim życzeniu. Ktoś mógłby to uznać za słabość.

- Hmm - mruknął służący, który był mądrzejszy, niż się zdawało.

- A teraz świętujmy - powiedział Artemis radośnie, zręcznie zmieniając temat. - Proponuję odrobinę szampana.

I oddalił się w stronę kuchni, zanim służący zdążył dobrze mu się przyjrzeć.

Kiedy Butler i Julia go dogonili, trzymał w dłoniach trzy kieliszki szampana dom perignon.

- Wiem, że jestem niepełnoletni, ale mama z pewnością nie miałaby nic przeciwko temu. Tylko ten jeden raz.

Butler czuł, że coś nie gra, niemniej przyjął smukłą czarkę.

Julia spojrzała na starszego brata.

- Czy to w porządku?

- Mam nadzieję - odetchnął głęboko. - Wiesz, że cię kocham, siostrzyczko?

Julia skrzywiła się - kolejna mina, która tak urzekała miejscowych łobuzów - i szturchnęła brata w ramię.

- Jak na goryla strasznie jesteś sentymentalny. Butler spojrzał pracodawcy prosto w oczy.

- Artemisie, naprawdę chcesz, żebyśmy to wypili? Chłopiec odwzajemnił spojrzenie.

- Tak, Butler. Chcę.

Butler bez słowa wychylił zawartość kieliszka, a Julia poszła w jego ślady. Służący natychmiast wyczuł w winie środek nasenny, lecz chociaż miał dość czasu, by skręcić kark Artemisowi, powstrzymał się od tego. W tych ostatnich chwilach nie chciał sprawiać siostrze przykrości.

Artemis patrzył, jak jego przyjaciele osuwają się na podłogę. Szkoda, że musiał posunąć się do oszustwa, lecz w przeciwnym razie ich niepokój udaremniłby działanie narkotyku. Spojrzał na bąbelki we własnym kieliszku. Pora na najbardziej śmiałe posunięcie całego planu. Zawahał się tylko przez mgnienie oka, po czym jednym łykiem wypił szampan. Czekał spokojnie, aż środek zacznie działać. Nie trwało to długo; dawki zostały starannie wyliczone, stosownie do wagi ciała. Kiedy zaczęło mu się kręcić w głowie, uzmysłowił sobie, że może już nigdy się nie obudzić. Cóż, trochę za późno na zastrzeżenia, niecierpliwie skarcił sam siebie, i pogrążył się w nieświadomości.


- Leci - oznajmił Ogierek, odwracając się od konsoli. - Nic już nie mogę zrobić.

Śledzili lot pocisku przez okna ze spolaryzowanego szkła. W rzeczy samej, bomba należała do niezwykłych. Ponieważ jej główną broń stanowiło światło, można było dokładnie określić pole rażenia. Okres połowicznego rozpadu solinium 2, pierwiastka promieniotwórczego, zawartego w rdzeniu, wynosił czternaście sekund. W praktyce oznaczało to, że Ogierek mógł nastawić biobombę, aby „wypłukała" wyłącznie dwór Fowlów, nie dotykając poza tym ani jednego źdźbła trawy, a ponadto już po niecałej minucie budynek przestawał być promieniotwórczy. Gdyby - co mało prawdopodobne - jakieś promienie solinium nie dały się jednak zogniskować, zatrzymywało je pole czasowe. Najłatwiejsze zabijanie pod słońcem.

- Trajektoria lotu została z góry zaprogramowana -wyjaśniał Ogierek, choć nikt nie zwracał nań ani krztyny uwagi. - Pocisk wleci do holu i wybuchnie. Powłokę i mechanizm zapalnika wykonano ze stopu plastików, które zostaną całkowicie zniszczone. Czysta robota.

Bulwa i Holly patrzyli na łuk, kreślony przez bombę. Zgodnie z przewidywaniami wpadła przez zdewastowane drzwi wejściowe tak gładko, że ze średniowiecznych murów nie odpadł nawet okruch. Holly skupiła się na obrazie z kamery, umieszczonej na czubku pocisku. Przez chwilę w monitorze mignął hol, gdzie tak niedawno przebywała jako więzień. Teraz był pusty, nie dostrzegła w nim żadnego człowieka.

A może, pomyślała. Może... Lecz wówczas spojrzała na Ogierka, na technologię, jaką miał do dyspozycji, i zdała sobie sprawę, że ludzi w budynku czeka nieuchronna śmierć.

Biobomba eksplodowała. Kula niebieskiego światła rozprzestrzeniła się z łoskotem, wypełniając wszystkie zakątki dworu zabójczym promieniowaniem. Kwiaty więdły, owady wysychały na wiórki, rybki umierały w akwariach. Wybuch nie oszczędził ani centymetra sześciennego. Artemis FowI i jego banda nie mogli się wymknąć - to było niemożliwe.

Holly westchnęła i odwróciła wzrok od niebieskiej, słabnącej już „płukanki". Pomimo wielkich zamierzeń Artemis w końcu okazał się zwykłym śmiertelnikiem. Z jakiegoś powodu jego odejście napełniło ją żalem.

Bulwa przejawił większy pragmatyzm.

- No dobra. Wkładać kombinezony. Pełne wyposażenie przeciwpromienne.

- Przecież jest zupełnie bezpiecznie - zaprotestował Ogierek. - Nie uważał pan na lekcjach?

- Wierzę nauce akurat tak, jak i wam, Ogierek -warknął Bulwa. - Promieniowanie potrafi pętać się w miejscach, gdzie zdaniem naukowców powinno całkiem zniknąć. Nikt nie wyjdzie z ukrycia bez sprzętu przeciwpromiennego. Czyli wy, Ogierek, zostajecie. Nie mamy kombinezonów dla kopytnych. A poza tym chcę, żebyście dyżurowali przy monitorach, tak na wszelki wypadek...

- Na wypadek czego? - zdziwił się Ogierek, ale nic nie powiedział. Później będzie mógł szydzić: „A nie mówiłem?"

- Gotowa, pani kapitan? - zwrócił się Bulwa do Holly.

Myśl o tym, że będzie musiała rozpoznać trzy trupy, nie spodobała się Holly. Wiedziała jednak, że to jej obowiązek. Ona jedna znała z pierwszej ręki wnętrze dworu.

- Tak jest, sir. Już idę.

Zdjęła z półki kombinezon przeciwpromienny i naciągnęła go na mundur. Przed zapięciem wulkanizowanego kaptura z nawyku sprawdziła zawór; spadek ciśnienia oznaczał uszkodzenie, które na dłuższą metę mogło okazać się śmiertelne.

Bulwa rozstawił grupę wypadową na granicy terenu. Perspektywa wejścia do dworu napawała niedobitki pierwszego oddziału Odzysku mniej więcej takim samym entuzjazmem, jak żonglowanie cuchnącymi balonami Atlantydów.

- Na pewno tego dużego już nie ma?

- Tak, kapitanie Wodorost. Zniknął, w taki czy inny sposób.

Kłopot nie był przekonany.

- Bo to strasznie wredny człowiek. Chyba ma jakieś własne czary.

Kapral Pędrak zachichotał i natychmiast oberwał w ucho. Mrucząc, że wszystko powie mamie, pośpiesznie zapiął kask.

Bulwa poczuł, że znowu się czerwieni.

- Ruszamy. Waszym zadaniem jest odzyskanie złota. Uważajcie na pułapki. Nie ufałem Fowlowi, póki żył, i stanowczo nie ufam mu po śmierci.

Na dźwięk słowa „pułapki" wszyscy nastawili uszu. Sama myśl o minie przeciwpiechotnej, wybuchającej na wysokości głowy, wystarczyła, by funkcjonariusze wyzbyli się wszelkiej nonszalancji. Nikt nie dorównywał Błotnym Ludziom w produkcji okrutnej broni.

Jako oficer Holly stanęła na czele grupy. Jej dłoń automatycznie zacisnęła się na kolbie neutrino 2000, choć wiedziała, że zapewne nie napotka już żadnego wroga. We wnętrzu domu panowała upiorna cisza, którą rozpraszał jedynie syk kilku ostatnich dogasających promieni solinium. W owej ciszy czaiła się śmierć; dwór był kolebką umierania. Holly instynktownie to wyczuwała. Za średniowiecznymi murami leżały szczątki miliona owadów, pod podłogami zaś - stygnące ciała pająków i myszy.

Ostrożnie podeszli do drzwi, gdzie Holly sprawdziła teren czujnikiem rentgenowskim. Pod płytami przedsionka znajdował się jedynie piach oraz gniazdo martwych pająków.

- Czysto - powiedziała do mikrofonu. - Wchodzę. Ogierek, masz swoje uszy?

- Jestem z tobą, kochanie - odparł faun [1]. - Chyba że nadepniesz na minę, gdyż wtedy przeniosę się do punktu dowodzenia.

- Są jakieś sygnały termiczne?

- Po płukance, nie ma mowy. Wszędzie tylko rezydualne ciepło. Głównie z powodu solinium. Wystygnie dopiero za kilka dni.

- Ale promieniowania nie ma?

- Nie.

Bulwa parsknął z niedowierzaniem. W słuchawkach zabrzmiało to niczym kichnięcie słonia.

- Wygląda na to, że będziemy musieli przeczesać dom staroświeckim sposobem - mruknął niechętnie.

- Ale szybko - doradził Ogierek. - Mamy co najwyżej pięć minut, zanim dwór Fowlów dołączy do reszty świata.

Holly przestąpiła przez coś, co niegdyś było progiem. Żyrandol w holu jeszcze bujał się lekko, poruszony siłą wybuchu, ale poza tym wszystko wyglądało tak, jak pamiętała.

- Złoto jest na dole. W mojej celi.

Nikt nie odpowiedział, przynajmniej nie słowami. Ale ktoś głośno kaszlnął wprost do mikrofonu. Holly obróciła się błyskawicznie. Zgięty wpół Kłopot trzymał się za brzuch.

- Nie czuję się dobrze - jęknął. Zważywszy plamę wymiocin na jego butach, właściwie niepotrzebnie o tym informował.

Kapral Pędrak zaczerpnął tchu, zapewne po to, by zawołać „Mamo!", lecz zdołał wyrzucić z siebie tylko strumień skoncentrowanej żółci. Niestety, nie zdąży przedtem otworzyć kasku. Widok nie należał do najpiękniejszych.

- Uech - skrzywiła się Holly, zwalniając zacisk przyłbicy kaprala, na którego czarny kombinezon wylała się fala zwróconych posiłków.

- Na litość boską - warknął Bulwa, przepychając się obok braci. Nie zaszedł daleko. Ledwie przekroczył próg, a już wymiotował tak jak wszyscy.

Holly skierowała obiektyw kamery na nieszczęsnych kolegów.

- Ogierek, co się tu dzieje, do cholery?

- Zaczekaj, próbuję się dowiedzieć.

Dobiegło ją wściekłe walenie w klawisze.

-Już. Nagłe wymioty... Mdłości w kosmosie... Och, nie.

- Co? - zapytała Holly. Ale już wiedziała. Może wiedziała od zawsze.

- T... to czary - wykrztusił Ogierek, który z podniecenia aż zaczął się jąkać. - Nie mogą wejść do domu, póki Fowl nie umrze. Jakby gwałtowna reakcja alergiczna. To znaczy, nie do wiary, ale to znaczy...

- Że im się udało! - dokończyła Holly. - On żyje! Artemis Fowl przeżył!

- D'Arvit - jęknął Bulwa i znów zwymiotował na terakotową posadzkę.


Dalej Holly poszła sama. Była pewna, że jeśli Fowl rzeczywiście umarł, jego ciało znajduje się w pobliżu złota. Ze ścian łypały na nią te same portrety rodzinne, copoprzednio, ale teraz wyglądały bardziej na zadowolone z siebie, aniżeli surowe. SKRZATkę ogarnęła pokusa wystrzelenia w nie kilku serii z neutrino 2000. To jednak byłoby wbrew zasadom. Skoro Artemis Fowl ich pokonał, sprawa się zakończyła. Żadnych żalów ani pretensji.

Zeszła schodami do celi, której drzwi wciąż kołysały się lekko po wybuchu biobomby. Promień solinium odbijał się od ścian niczym uwięziona, błękitna błyskawica. Holly niepewnie zrobiła kilka kroków do środka, na poły obawiając się tego, co może znaleźć.

Nic tu nie było. W każdym razie nic nieżywego. Tylko złoto - mniej więcej dwieście sztabek, ułożonych w stos na pryczy w schludnych, wojskowych rzędach. Dobry, stary Butler, jedyna istota ludzka, która potrafiła zmierzyć się z trollem i zwyciężyć.

- Komendancie? Słyszy mnie pan? Odbiór.

- Potwierdzam, kapitan Nieduża. Liczba zabitych?

- Nie ma zabitych, sir. Znalazłam pozostałą część okupu.

Zapadło długie milczenie.

- Zostaw to, Holly. Znasz zasady. Wycofujemy się.

- Ależ sir... Musi być jakiś sposób...

- Ależ nic, pani kapitan - przerwał rozmowę Ogierek. - Odliczam sekundy do świtu; nasze szansę wycofania się w samo południe stanowczo mi się nie podobają.

Holly westchnęła. Przez Ogierka przemawiał głos rozsądku. Członkowie Ludu mogli się wycofać, kiedy chcieli, pod warunkiem, że uczynili to przed rozpadem pola czasowego. Po prostu ubodła ją świadomość, że zostali pokonani przez człowieka, i to w dodatku niedorostka.

Po raz ostatni rozejrzała się po celi. Zrodził się tutaj wielki kłąb nienawiści, z którym wcześniej czy później należało się uporać. Holly wsadziła broń do kabury. Lepiej załatwić to jak najszybciej; tym razem Fowl wygrał, ale ktoś taki jak on nie spocznie długo na laurach. Powróci z jakimś kolejnym planem zdobycia pieniędzy. A kiedy się zjawi, zastanie czekającą nań Holly Niedużą, z uśmiechem na ustach i wielkim pistoletem w dłoni.

Przy granicy pola czasowego ziemia całkiem rozmiękła. Pięćset lat fatalnej kanalizacji zamieniło fundament średniowiecznych murów nieledwie w bagno. Tutaj wynurzył się Mierzwa.

Podatność gruntu nie była jedynym powodem, dla którego wybrał właśnie to miejsce, aby wyjść na powierzchnię. Drugą przyczyną był zapach. Dobry krasnal tunelowy potrafi wyczuć zapach złota przez półkilometrową opokę granitowej skały. A Mierzwa Grzebaczek posiadał jeden z najlepszych nosów w swoim fachu. Wózek poduszkowca unosił się opodal właściwie niestrzeżony. Co prawda stało przy nim dwóch chwatów z Odzysku, tych jednak pochłonęło naśmiewanie się z opresji komendanta.

- Ale ma odrzut, co, Chix?

Chix przytaknął, przedrzeźniając odruch wymiotny Bulwy.

Dzięki błazeńskim popisom Chiksa Gryzonia drobna kradzież uszłaby niepostrzeżenie właściwie każdemu. Przed wydostaniem się z tunelu Mierzwa przeczyścił kiszki; ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzył, był niespodziewany wybuch gazu, zwracający uwagę SKRZAT na jego obecność. Niepotrzebnie się martwił. Gdyby wsadził Chiksowi pod nos mokrą, śmierdzącą dżdżownicę, chochlik nawet by jej nie zauważył.

Przeniesienie do tunelu dwóch tuzinów złotych sztabek zajęło krasnalowi zaledwie kilka sekund. Była to najłatwiejsza robota w jego życiu. Powstrzymując chichot, wrzucił do dziury ostatnie dwa kawałki. Juliusz Bulwa właściwie wyświadczył mu przysługę, wplątując go w całą aferę. Sprawy ułożyły się nadspodziewanie dobrze - był wolny jak ptak, bogaty, a co najlepsze, uznany za zmarłego. Kiedy w SKRZAT zorientują się, że złoto zniknęło, Mierzwa Grzebaczek będzie już na innym kontynencie. Jeżeli w ogóle się zorientują.

Krasnal zszedł pod ziemię. Transport skarbu wymagał kilku nawrotów, ale zwłoka się opłacała. Za takie pieniądze mógł przejść na wcześniejszą emeryturę. Oczywiście, należało zniknąć całkowicie, ale w chytrym umyśle Mierzwy już wykluwał się przemyślny plan. Przez jakiś czas pomieszka na powierzchni, udając ludzkiego karła cierpiącego na światłowstręt. Może kupi sobie apartament wyposażony w okiennice, gdzieś na Manhattanie lub w Monte Carlo. Ludziom zapewne wyda się dziwne, że krasnal izoluje się od słoń-ca. Ale ten konkretny krasnal będzie obrzydliwie bogaty. Błotni Ludzie gotowi są przełknąć każdą, najbardziej niesamowitą bzdurę, gdy wywęszą w niej korzyść dla siebie. Najlepiej w postaci zielono zadrukowanego papieru.


Artemis usłyszał, że jakiś głos woła go po imieniu. W ślad za głosem wyłoniła się twarz, zamazana, niewyraźna. Ojciec?

- Ojciec? - słowo to, nieużywane i zardzewiałe, zabrzmiało dziwnie w jego ustach.

Otworzył oczy. Pochylał się nad nim Butler.

- Artemisie, nie śpisz?

- Ach, to ty, Butler.

Artemis powoli wstał, choć z wysiłku zaszumiało mu w głowie. Spodziewał się wsparcia pomocnej dłoni służącego, jednak na próżno. Julia leżała na szezlongu, cicho chrapiąc w poduszkę. Najwyraźniej napój usypiający nie przestał jeszcze działać.

- To tylko środek nasenny, Butler. Zupełnie nieszkodliwy.

Oczy służącego zalśniły groźnie.

- Co masz na swoje wytłumaczenie?

- Później, Butler - Artemis potarł powieki. - Czuję się trochę...

Butler zastąpił mu drogę.

- Artemisie, na tej kanapie leży odurzona moja siostra. Omal nie zginęła. Więc żądam wyjaśnienia, natychmiast!

Artemis zrozumiał, że otrzymał polecenie. Przez chwilę rozważał, czy się nie obrazić, lecz zdał sobie sprawę, że Butler ma rację. Posunął się za daleko.

- Nie powiedziałem wam o środku nasennym, gdyż wówczas moglibyście opierać się jego działaniu. To naturalna reakcja. A plan bezwzględnie wymagał, byście od razu zasnęli.

- Plan?

Artemis opadł na wygodny fotel.

- Pole czasowe to klucz do całej sprawy. Dzięki niemu SKRZAT miał ogromny atut, prawdziwego asa w rękawie. Dlatego przez te wszystkie lata byli niepokonani. Pole pozwala odizolować każde wydarzenie od reszty świata. Stosowane łącznie z biobombą daje im ogromną przewagę.

- Więc dlatego musiałeś nas uśpić? Artemis uśmiechnął się.

- Spójrz przez okno. Nie widzisz? Poszli sobie. Skończyło się.

Butler wyjrzał przez siatkowe firanki. Światło na zewnątrz było jasne i przejrzyste, bez cienia martwego błękitu. Jednak służący pozostał niewzruszony.

- Na razie odeszli, ale założę się, że wrócą wieczorem.

- Nie. To wbrew zasadom. Pokonaliśmy ich. Zabawa skończona.

Butler uniósł brew.

- Wróćmy do tabletek nasennych, Artemisie.

- Widzę, że nie dasz się zbić z tropu. Odpowiedziało mu kamienne milczenie.

- No cóż... Tabletki nasenne... Widzisz, musiałem znaleźć sposób, żeby uciec z pola czasowego. Przeorałem całą Księgę, ale bez skutku. śadnej wskazówki. Same wróżki nie wiedzą dotąd, jak to zrobić. Cofnąłem się więc do starożytnej spuścizny elfów z okresu, gdy ich losy były splecione z naszymi. Znasz te opowieści - duszki, które w ciągu nocy szyły buty i sprzątały ludziom domy w czasach, kiedy obie nasze rasy łączyła swego rodzaju symbioza. Czarodziejskie usługi w zamian za nietykalność elfów. Z których największym, rzecz jasna, był Święty Mikołaj.

Brwi Butlera uniosły się tak wysoko, że niemal wzleciały ponad jego twarz.

- Święty Mikołaj?

- Tak, tak, wiem - Artemis podniósł uspokajająco dłonie. - Sam przez chwilę w to nie wierzyłem. Ale podobno nasz Święty Mikołaj nie wywodzi się od skandynawskiego świętego, jak się powszechnie uważa, lecz stanowi wcielenie San D'Klassa, znanego jako San Złudzony, trzeci władca elfiej dynastii Paproci.

- Niezbyt zaszczytny tytuł, mówiąc między nami.

- Przyznaję. D'Kiass sądził, że zaspokoi chciwość Błotnych Ludzi, zamieszkujących jego królestwo, rozdając im szczodre dary. Raz do roku wzywał największych czarodziejów i kazał im zatrzymywać czas na ogromnych obszarach, a następnie wysyłał tam zastępy chochlików, które dostarczały prezenty śpiącym ludziom. Oczywiście, operacja nie zdała egzaminu. Nie da się zaspokoić ludzkiej chciwości, zwłaszcza za pomocą darów.

- A co by się stało - zmarszczył brew Butler - gdyby ludzie... to znaczy my... gdybyśmy się obudzili?

- A tak. Świetne pytanie. Istota rzeczy. Chodzi o to, że to niemożliwe. Na tym polega zatrzymanie czasu. Stan świadomości, jaki mamy na jego początku, zostaje zachowany podczas jego trwania, więc nie możemy ani się obudzić, ani zasnąć. Zapewne w ciągu ostatnich kilku godzin zauważyłeś rosnące zmęczenie, jednak twój umysł nie pozwalał ci na sen.

Służący powoli pokiwał głową. Zagadka, choć w okrężny sposób, zaczynała się wyjaśniać.

- Wymyśliłem więc, że jedynym sposobem ucieczki z pola czasowego jest zwykłe zaśnięcie, gdyż jedynie nasza świadomość trzymała nas w niewoli.

- Bardzo dużo zaryzykowałeś dla teorii, Artemisie.

- Nie była to tylko teoria. Miałem królika doświadczalnego.

- Kogo? Ach, Angelina...

- Tak. Mama. Odurzona narkotykami egzystowała zgodnie z naturalnym biegiem czasu, nieniepokojona przez pole czasowe. Gdyby eksperyment przebiegł inaczej, po prostu poddałbym się SKRZATowi i pozwolił na zatarcie pamięci.

Butler parsknął. Szczerze wątpił w słowa pracodawcy.

- A zatem, skoro nie mogliśmy samodzielnie zasnąć, zwyczajnie podałem wszystkim tabletki nasenne mamy.

- Zostawiłeś to na ostatnią chwilę. Jeszcze kilka minut...

- To prawda - przytaknął chłopiec. - Pod koniec sytuacja była trochę napięta. Ale musiałem blefować, żeby oszukać SKRZAT.

Umilkł, aby dać Butlerowi czas na przemyślenie tego, co usłyszał.

- Więc jak, wybaczysz mi?

Butler westchnął. Julia na kanapie chrapała niczym pijany marynarz. W końcu twarz służącego rozjaśnił uśmiech.

- Tak, Artemisie. Wybaczani ci wszystko. Ale jeszcze jedno...

- Tak?

- Nigdy więcej. Wróżki są zbyt... ludzkie.

- Masz rację - rzekł Artemis, a zmarszczki wokół jego oczu pogłębiły się. - Nigdy więcej. W przyszłości ograniczymy się do bardziej gustownych przedsięwzięć. Nie obiecuję jednak, że będą legalne.

Butler skinął głową. To musiało mu wystarczyć.

- A teraz, młody panie, czy nie powinniśmy zajrzeć do twojej mamy?

O ile to możliwe, Artemis pobladł jeszcze bardziej. A jeśli pani kapitan wycofała się z przyrzeczenia? Z pewnością miałaby do tego prawo.

- Tak, chyba tak. Niech Julia odpoczywa. Zasłużyła na to.

Spojrzał do góry, w studnię schodów. Zbyt wiele oczekiwał, ufając wróżce. W końcu uwięził ją i przetrzymywał wbrew jej woli. W cichości ducha czynił sobie wyrzuty. Rozstać się z tyloma milionami dla niepewnej obietnicy! Co za łatwowierność!

I wówczas na poddaszu otworzyły się drzwi.

Butler natychmiast wyciągnął broń.

- Artemisie, kryj się. Ktoś wtargnął do domu.

- Nie, Butler - machnął ręką chłopiec. - Nie sądzę.

Serce waliło mu w piersi, krew huczała w uszach. Czy to możliwe? Czy możliwe? Na schodach pojawiła się jakaś postać podobna do zjawy, ubrana w płaszcz kąpielowy, z mokrymi włosami.

- Arty? - zawołała. - Arty, jesteś tam?

Artemis chciał odpowiedzieć, pobiec ku niej po wielkich schodach, wyciągając ramiona do uścisku. Ale nie mógł. Funkcje mózgowe odmówiły mu posłuszeństwa.

Angelina Fowl schodziła coraz niżej, dłonią muskając poręcz. Artemis zdążył zapomnieć, ile wdzięku ma jego matka. Jej bose stopy migały na pokrytych dywanem stopniach. Wreszcie stanęła przed nimi.

- Dzień dobry, kochanie - powiedziała pogodnie, jakby to był zwykły poranek.

- M... mamo - wymamrotał Artemis.

- No chodź, przytul mnie.

Artemis zbliżył się do matki. Jej uścisk był mocny i ciepły. Owionął go zapach perfum. Nagłe poczuł się jak mały chłopiec - którym przecież był.

- Przepraszam cię, Arty - szepnęła mu do ucha.

- Za co?

- Za wszystko. Za ostatnich parę miesięcy. Nie byłam sobą. Ale teraz wszystko się zmieni. Pora przestać żyć przeszłością.

Artemis poczuł łzę na policzku. Nie wiedział, które z nich plącze.

- I w dodatku nie mam dla ciebie prezentu.

- Prezentu? - zdziwił się Artemis.

- Oczywiście - powiedziała matka, obracając go wkoło. - Nie wiesz, jaki dziś dzień?

- Dzień?

- Gwiazdka, niemądry chłopcze! Pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia! Wedle tradycji ludzie dają sobie prezenty!

Tak, pomyślał Artemis. Tradycja. San D'Klass.

- Spójrz tylko na ten dom. Ponury niczym grobowiec. Butler?

Służący pośpiesznie schował sig sauera do kieszeni.

- Tak, proszę pani?

- Zadzwoń do Tomasza Browna. Platynowa karta. Otwórz mi nowy rachunek. I powiedz Helenę, że chcę świąteczny masaż i makijaż. Pełny zestaw.

- Tak jest, proszę pani. Pełny zestaw.

- Aha, obudź Julię. Chcę, żeby przeniesiono moje rzeczy do głównej sypialni. Za dużo kurzu na tym poddaszu.

- Tak jest, proszę pani. W tej chwili. Angelina Fowl wzięła syna pod rękę.

- A teraz, Arty, musisz mi wszystko opowiedzieć. Przede wszystkim, co się tu działo?

- Remont- odparł Artemis.- Stare wejście strasznie zawilgło.

Angelina zmarszczyła brew, nieprzekonana.

- Rozumiem. A co w szkole? Postanowiłeś już, co chcesz robić?

W czasie, gdy usta Artemisa odpowiadały na te przyziemne pytania, jego umysł przeżywał istną burzę. Znów był małym chłopcem. Pojął, iż od tej chwili jego życie ulegnie całkowitej odmianie. Jego plany muszą być znacznie bardziej misterne, jeśli mają umknąć matczynej uwadze. Ale niczego nie żałował.

Angelina Fowl myliła się. Jednak dala mu prezent na Gwiazdkę.

Popr
Nast
  1. 1,0 1,1 1,2 1,3 1,4 1,5 centaur