FANDOM


Przetłumaczyła: Barbara Kopeć-Umiastowska.

Popr
Nast



ROZDZIAŁ ÓSMY
TROLL


Bulwa wisiał nad mikrofonem i ryczał:

- Mierzwa! Co się dzieje? Podaj swoją pozycje!

Ogierek wściekle walił w klawiaturę.

- Straciliśmy fonię. Czujniki ruchu nie reagują.

- Mierzwa! Odezwij się, do cholery.

- Sprawdzam jego funkcje życiowe... Hej!

- Co? Co się stało?

- Serce mu oszalało. Bije jak u królika...

- Królik?

- Nie, proszę zaczekać, chyba...

- Co? - wstrzymał oddech komendant, straszliwie pewien, że już wie, co się stało.

Ogierek opadł na krzesło.

- Stanęło. Nie ma tętna.

- Jesteście pewni?

- Urządzenia nie kłamią. Za pośrednictwem kamery tęczówkowej można śledzić wszystkie funkcje organizmu. Ani drgnie. Nie żyje.

Bulwa nie mógł tego pojąć. Mierzwa Grzebaczek, jeden ze stałych elementów w jego życiu, umarł? Nie do wiary.

- Ale wiecie co, Ogierek? On zrobił swoje. Odzyskał kopię Księgi, ni mniej, ni więcej, a w dodatku potwierdził, że kapitan Nieduża żyje.

- Tak, tyle że... - faun zmarszczył brew.

- Co? - zapytał podejrzliwie Bulwa.

- Nic, tylko wydaje mi się, że tuż przed końcem miał nienormalnie szybkie tętno.

- Pewnie jakieś zakłócenia.

- Wątpię - Ogierek pozostawał nieprzekonany. - Moje pluskwy nie miewają pluskiew.

- Więc jak w takim razie wytłumaczycie to, co zaszło? Przecież macie jeszcze wizję?

- Tak. Ale oko jest niewątpliwie martwe. W mózgu nie ma już żadnej elektrycznej iskry, kamera działa dzięki własnej baterii.

- No, to po wszystkim. Nie istnieje inne wyjaśnienie.

- Na to wygląda - przytaknął Ogierek. – Chyba, że... Ale nie, to fantastyczne...

- Przypominam, że mówimy o Mierzwie Grzebacz-ku. W jego wypadku nic nie jest zbyt fantastyczne.

Ogierek otworzył usta, by dać wyraz swej nieprawdopodobnej teorii, lecz zanim zdążył przemówić, drzwi wahadłowca otworzyły się.

- Mamy go! - zawołał triumfalny głos.

- Tak! - zawtórował mu drugi. - Fowl się pomylił!

Bulwa obrócił się na krześle. Stali przed nim Argon i Kumulus, tak zwani analitycy behawioralni.

- A, postanowiliśmy wreszcie zapracować na honorarium?

Lecz zjednoczeni w swoim entuzjazmie profesorowie tym razem nie dali się zastraszyć. Kumulus miał wręcz śmiałość machnąć ręką na sarkazm komendanta. Ten właśnie gest, bardziej niż cokolwiek innego, kazał Bulwie słuchać uważnie. Argon przepchnął się obok Ogierka i wsunął płytę optyczną do odtwarzacza na konsoli. Ukazała się twarz Artemisa Fowla, sfilmowana przez kamerę, umieszczoną w tęczówce Bulwy.

- Będziemy w kontakcie - powiedział nagrany głos komendanta. - Nie martw się, sam znajdę wyjście.

Twarz wstającego z krzesła Fowla znikła na chwilę poza kadrem. Bulwa podniósł wzrok i zdążył uchwycić następną, lodowatą wypowiedź:

- Proszę bardzo. Ale niech pan pamięta, nikt z waszej rasy nie ma tu wstępu, póki ja żyję.

Argon triumfalnie nacisnął przycisk pauzy.

- No, widzicie!

Z twarzy Bulwy znikły resztki bladości.

- Widzimy? Widzimy co? Co widzimy?

Kumulus cmoknął, jakby miał przed sobą zapóźnione w rozwoju dziecko. Okazało się, że był to błąd. Nie minęła sekunda, a komendant trzymał go za spiczastą bródkę.

- A teraz - powiedział ze złudnym spokojem - spróbujcie przyjąć, że czas nagli, i wytłumaczcie mi wszystko bez żadnych póz i komentarzy.

- Człowiek powiedział, że nie możemy wejść, póki on żyje - pisnął Kumulus.

- No i?

- No i... Skoro nie możemy wejść, póki on żyje... -podjął wyjaśnienie Argon.

Bulwa odetchnął gwałtownie.

- To wejdziemy, kiedy umrze - dokończył. Kumulus i Argon rozpromienili się.

- Właśnie - odpowiedzieli zgodnym chórem.

- Nie wiem- podrapał się w brodę Bulwa.- Z punktu widzenia prawa stoimy na niepewnym gruncie.

- Wcale nie - zaprzeczył Kumulus. - To elementarne zasady gramatyki. Człowiek wyraźnie oświadczył, że dopóki on żyje, wstęp jest wzbroniony. Oznacza to, że wzywa nas, gdy umrze.

Komendant nie był przekonany.

- Możemy co najwyżej domniemywać, że zostaliśmy wezwani.

- Nie - przerwał Ogierek. - Oni mają rację. Wszystko za tym przemawia. Kiedy Fowl umrze, drzwi będą szeroko otwarte, sam tak powiedział.

- Być może.

- Co być może? - wybuchnął Ogierek. - Na litość boską, Juliuszu, czego ci jeszcze trzeba? Może nie zauważyłeś, ale mamy tu sytuację kryzysową.

Bulwa powoli skinął głową.

- Po pierwsze, chyba macie słuszność. Po drugie, wyrażam zgodę. Po trzecie, dobra robota, wy dwaj. Po czwarte, Ogierek, jeśli jeszcze raz nazwiecie mnie Juliuszem, każę wam pożreć własne kopyta. A teraz połączcie mnie z Radą, muszą mi zatwierdzić to złoto.

- Już się robi, wasza wysokość komendancie Bulwa -uśmiechnął się szeroko Ogierek, postanawiając dla dobra Holly puścić uwagę o kopytach mimo uszu.

- A więc przekazujemy im złoto - rozmyślał na głos Bulwa. - Oni wypuszczają Holly, my spuszczamy na nich płukankę i spacerkiem odzyskujemy okup. Proste.

- Tak proste, że wręcz genialne - entuzjazmował się Argon. - A jaki sukces dla naszej profesji, zgodzi się pan, profesorze Kumulus?

Kumulusowi zakręciło się w głowie od nadmiaru możliwości.

- Cykle wykładów, publikacje... Co ja mówię, same prawa do filmu będą warte fortunę.

- Niech no socjologowie spróbują to wytłumaczyć. Mogą się wypchać ze swoim oklepanym schematem, że przyczyną aspołecznych zachowań jest trudne dzieciństwo. Ten smarkacz Fowl nigdy w życiu nie chodził głodny.

- Istnieją różne rodzaje głodu - zwrócił uwagę Argon.

- Słusznie. Głód sukcesu. Głód dominacji. Głód...

- Wynocha! - wrzasnął Bulwa. - Wynocha, zanim uduszę was obu! A jeśli usłyszę na ten temat choćby słowo w popołudniowym talk-show, będę wiedział, komu to zawdzięczać.

Konsultanci oddalili się ostrożnie z mocnym postanowieniem, by nie dzwonić do swoich agentów, dopóki znajdują się w zasięgu wzroku komendanta.

- Nie wiem, czy Rada na to pójdzie - wyznał Bulwa po ich odejściu. - To dużo złota.

- Ile dokładnie? - Ogierek podniósł wzrok znad konsoli.

Komendant pchnął w jego stronę kartkę papieru.

- Tyle.

- Rzeczywiście, sporo - gwizdnął Ogierek. - Tona. W niewielkich, nieoznakowanych sztabkach. Wyłącznie dwudziestoczterokaratowy kruszec. Cóż, przynajmniej liczba jest miła i okrągła.

- Bardzo pocieszające. Nie omieszkam nadmienić o tym Radzie. Masz już to połączenie?

Faun chrząknął. Przecząco. Właściwie to bezczelność, chrząkać na przełożonego. Bulwa nie miał siły przywoływać go do porządku, jednak odnotował sobie to zdarzenie w pamięci. Kiedy będzie po wszystkim, wstrzyma Ogierkowi wypłatę na kilka dziesięcioleci. Potarł zmęczone oczy. Różnica czasu zaczynała nań oddziaływać; umysł nie pozwalał mu zasnąć, nie spał bowiem, gdy zaczęło się zatrzymanie czasu, ale znużone ciało domagało się należnego odpoczynku.

Wstał z fotela i otworzył szeroko drzwi, aby wpuścić trochę powietrza. Nieświeżego. Zatrzymanego w czasie. Skoro nawet molekuły nie mogły się wymknąć z pola czasowego, jak chciał tego dokonać ludzki chłopiec?

Nagle jego uwagę zwróciły ruch i ożywienie przy portalu. Gromada ludzi w mundurach maszerowała, prowadząc klatkę poduszkowca, a na czele całej procesji, najwyraźniej zmierzającej w te stronę, szedł Pałka. Bulwa wyszedł im na spotkanie.

- Co to ma być? - zapytał niezbyt przyjaźnie- - Jakiś cyrk?

Na pobladłej twarzy Pałki malowała się stanowczość.

- Nie, Juliuszu. Koniec z cyrkiem.

- Rozumiem - kiwnął głową Bulwa. - A to klauni?

Ogierek wystawił głowę zza drzwi.

- Przepraszam, że psuję waszą wielką cyrkową metaforę, ale co jest, do cholery?

- Właśnie, poruczniku - przytaknął Bulwa, skinąwszy ku klatce poduszkowca. - Co jest, do cholery?

Pałka kilkakrotnie odetchnął głęboko, aby dodać sobie animuszu.

- Uczę się od ciebie Juliuszu.

- Coś podobnego?

- Owszem. Postanowiłeś wysiać do dworu istotę niepełnowartościową. Więc teraz na mnie kolej.

- Bez mojego zezwolenia, panie poruczniku - odparł Bulwa z niebezpiecznym uśmiechem - nie możecie nic postanowić.

Pałka bezwiednie cofnął się o krok.

- Rozmawiałem z Radą, Juliuszu. Mam ich pełne poparcie.

- To prawda? - Bulwa odwrócił się do Ogierka.

- Najwyraźniej. Właśnie dostałem potwierdzenie na linii zewnętrznej. Sprawę przejmuje Pałka. Powiedział Radzie o żądaniu okupu i o tym, że wypuściłeś pana Grzebaczka. Wiesz, jacy są nasi mędrcy, kiedy muszą się rozstać z odrobiną złota. Bulwa założył ręce.

- Mówiono mi o was, Pałka. Ostrzegano, że zadacie mi cios w plecy. Nie wierzyłem. Byłem idiotą.

- Nie chodzi o ciebie i mnie, Juliuszu. Chodzi o zadanie. To, co jest w tej klatce, daje nam największą szansę na sukces.

- A więc, co jest w tej klatce? Nie, nie musisz mi mówić. Jedyna poza Mierzwą nieczarodziejska istota w Podziemiu. Pierwszy troll, jakiego udało nam się pojmać od ponad stu lat.

- Właśnie. Doskonały sposób, żeby wykurzyć przeciwnika.

Policzki Bulwy rozgorzały od powściąganego z trudem gniewu.

- Nie do wiary, że w ogóle rozważasz taką możliwość.

- Spójrzmy prawdzie w oczy, Juliuszu. Zasadniczo mój pomysł nie różni się zbytnio od twojego.

- Ależ różni się. Mierzwa Grzebaczek sam dokonał wyboru i wiedział, co ryzykuje.

- Grzebaczek nie żyje?

- Chyba tak. - Bulwa znów przetarł oczy. - Nastąpił obwał.

- To tylko dowodzi, że mam rację. Troll nie da się tak łatwo zabić.

- Na litość boską, przecież to durne zwierze! Jak troll może wykonywać rozkazy?

Pałka uśmiechnął się, a spoza jego obaw wyjrzała świeżo nabyta pewność siebie.

- Jakie rozkazy? Po prostu wycelujemy go w stronę domu i zejdziemy mu z drogi. Zapewniam cię, że po chwili ci ludzie zaczną nas błagać, żebyśmy ich uratowali.

- A moja funkcjonariuszka?

- Troll znajdzie się pod kluczem, zanim kapitan Niedużej w ogóle coś zagrozi.

- I możecie mi to zagwarantować, tak? Pałka zawahał się.

- Gotów jestem... Rada jest gotowa podjąć ryzyko.

- Polityka- splunął Bulwa.- Dla was, Pałka, to tylko polityka. Jeszcze jeden powód do chwały w drodze do stanowiska w Radzie. Rzygać mi się chce na wasz widok.

- Jak sobie życzysz. Realizujemy moją strategię, i już. Rada mianowała mnie tymczasowym dowódcą, więc jeżeli nie potrafisz odsunąć na bok spraw osobistych, to przynajmniej nie przeszkadzaj, do cholery.

Bulwa przepuścił Pałkę.

- Niech się pan nie martwi, panie tymczasowy dowódco. Nie chcę mieć nic wspólnego z tą jatką. Zasługę przypisze pan sobie.

Pałka przybrał jak najszczerszy wyraz twarzy.

- Wbrew temu, co myślisz, Juliuszu, leży mi na sercu wyłącznie interes naszego Ludu.

- A zwłaszcza jednej osoby - parsknął Bulwa.

Pałka postanowił uderzyć w wysoki, moralizatorski ton.

- Nie muszę tu stać i dyskutować. Każda sekunda rozmowy z tobą jest sekundą straconą.

Bulwa spojrzał mu w oczy.

- No, to straciłeś już ze sześćset lat, co, przyjacielu?

Pałka nie odpowiedział. Cóż miał rzec? Ambicja miała swoją cenę, a ceną tą była przyjaźń.

Odwrócił się do swego oddziału, złożonego z dobranych chochlików, lojalnych tylko wobec niego.

- Przeprowadźcie poduszkowiec w aleję. Nie zaczynamy, póki nie dam wam znać.

Przepchnął się obok Bulwy, kierując wzrok wszędzie, byle nie w stronę byłego przyjaciela. Jednak Ogierek nie pozwolił mu odejść bez komentarza.

- Hej, Pałka!

Nowo mianowany dowódca nie mógł tolerować takiego tonu, nie pierwszego dnia.

- Uważajcie, co mówicie, Ogierek. Nie ma ludzi niezastąpionych.

- Jakież to prawdziwe - zaśmiał się faun. - W tym cały problem, W polityce próbuje się tylko raz.

Pałka mimowolnie przystanął, zaciekawiony.

- Gdyby to o mnie chodziło - ciągnął Ogierek -i miałbym tylko jedną, jedyną szansę, żeby załatwić sobie miejsce w Radzie, na pewno nie uzależniałbym swojej przyszłości od jakiegoś trolla.

Świeżo nabyty tupet Pałki nagle wyparował, pozostawiając na jego twarzy lśniącą od potu bladość.

Pośpiesznie otarł twarz i podążył za oddalającym się poduszkowcem.

- Zobaczymy się jutro - zawołał za nim Ogierek. - Będziesz mi wynosił śmieci.

Bulwa roześmiał się. Chyba po raz pierwszy w życiu rozbawił go komentarz fauna.

- Zuch z was, Ogierek - uśmiechnął się szeroko. -Walcie tego zdrajcę, gdzie najbardziej boli, prosto w ambicję.

- Dzięki, Juliuszu.

Uśmiech Bulwy zniknął szybciej niż smażony ślimak w stołówce SKR.

- Ogierek, ostrzegałem was już w kwestii tego "Juliusza". A teraz dajcie mi znowu zewnętrzną linię. Chcę, żeby złoto było przygotowane, kiedy plan Pałki weźmie w łeb. Zbierzcie wszystkich moich popleczników w Radzie. Z pewnością popiera mnie Lope oraz Cahartez, być może również Vinyaya. Zawsze miała do mnie słabość, przecież jestem piekielnie przystojny.

- Żartuje pan, oczywiście.

- Nigdy nie żartuję - powiedział Bulwa z kamienną twarzą.


Holly wymyśliła prowizoryczny plan; pod osłoną tarczy zamierzała zakraść się w kilka miejsc, odświeżyć trochę czarodziejski arsenał i siać zniszczenie dotąd, aż Fowl będzie zmuszony ją wypuścić. A jeśli jego straty wyniosą kilka milionów funtów irlandzkich, cóż, tym lepiej.

Od lat nie czuła się tak dobrze. Jej oczy promieniały mocą, iskierki energii płonęły pod każdym centymetrem kwadratowym skóry. Zapomniała już, jakich wspaniałych doznań dostarcza naładowanie. Miała wrażenie, że panuje nad sytuacją, że wyruszyła na łowy. W tym celu została wyszkolona. Na początku afery przewagę mieli Błotni Ludzie, lecz teraz sytuacja się odwróciła. Ona była myśliwym, oni - zwierzyną.

Wbiegła na wielkie schody, czujnie wypatrując olbrzymiego sługi. Z tym osobnikiem stanowczo nie chciała się spotkać. Gdyby zacisnął palce na jej głowie, nieodwracalnie przeszłaby do historii, bez względu na kask - oczywiście pod warunkiem, że uda się jej odnaleźć jakiś kask.

Rozległe domostwo przypominało mauzoleum. W jego historycznych murach nie było śladu życia. Ale portrety trochę Holly przerażały. Każdy z nich spoglądał na nią wzrokiem Fowlów, podejrzliwym i błyszczącym. Postanowiła, że spali je wszystkie, kiedy tylko odzyska swój neutrino 2000. Być może był to odwet, ale odwet zrozumiały, zważywszy, na co naraził ją Artemis.

Szybko weszła po łukowatych schodach i znalazła się w korytarzu pierwszego piętra. Pod ostatnimi drzwiami jaśniała smuga światła. Holly położyła dłoń na ścianie, wyczuwając drgania. Wszędzie panował ruch, krzyki - i kroki, zbliżające się ku niej niczym grzmot. Odskoczyła, rozpłaszczywszy się na aksamitnej tapecie. Ani o chwilę za wcześnie - z drzwi wypadła monumentalna postać i runęła korytarzem, zostawiając za sobą wir powietrznych prądów.

- Julio! - krzyknął służący, a imię jego siostry wisiało w przestrzeni jeszcze długo po tym, gdy zniknął za zakrętem schodów.

Nie martw się, Butler, pomyślała Holly. Julia bawi się jak nigdy w życiu, przykuta do wolnej amerykanki. Ale otwarte drzwi stanowiły nie lada okazję. Zanim mechaniczny zamek się zatrzasnął, wślizgnęła się do środka.

Wewnątrz czekał Artemis Fowl z filtrem przeciwtarczowym przytwierdzonym do okularów.

- Dobry wieczór, kapitan Nieduża - zagaił z pozornie niewzruszoną pewnością siebie. - Ryzykując banał, powiem, że spodziewałem się ciebie.

Holly nie zareagowała, nawet nie zerknęła na swego prześladowcę. Zamiast tego obrzuciła szybkim spojrzeniem pomieszczenie i tak jak była nauczona, przez chwilę zatrzymała wzrok na każdej powierzchni.

- Oczywiście, nadal wiąże cię złożona dzisiejszej nocy obietnica...

Ale Holly nie słuchała; ruszyła pędem ku stołowi roboczemu z nierdzewnej stali, przykręconemu do przeciwległej ściany.

- A więc, zasadniczo, sytuacja się nie zmieniła. Nadal jesteś moją zakładniczką.

- Tak, tak - mruknęła Holly, przesuwając palce po rzędach skonfiskowanego

Odzyskowi sprzętu. Wybrała kask przeciwradarowy i nasunęła go na swe spiczaste uszy. Poduszki wyściółki napełniły się powietrzem i dopasowały do kształtu jej czaszki. Była bezpieczna. Odbite w odblaskowej przyłbicy rozkazy Artemisa nic już dla niej nie znaczyły. Kabel mikrofonu wysunął się automatycznie, zapewniając natychmiastowy kontakt z bazą.

- ...na zmiennych częstotliwościach. Nadajemy na zmiennych częstotliwościach. Holly, jeśli mnie słyszysz, kryj się.

Holly rozpoznała głos Ogierka, znajomy element w zwariowanej sytuacji.

- Powtarzam, kryj się. Pałka wysyła...

- Coś, co powinienem wiedzieć? - przerwał Artemis.

- Cicho - syknęła Holly, zaniepokojona tonem zazwyczaj beztroskiego Ogierka.

- Powtarzani, wysyła trolla, żeby spróbować cię uwolnić.

Holly przeszył dreszcz. Najwyraźniej teraz rządził Pałka. Niedobra, bardzo niedobra wiadomość.

Fowl znów się wtrącił.

- Wiesz, to niegrzeczne, tak lekceważyć gospodarza.

- Dosyć tego - warknęła Holly.

Zacisnęła pięść. Artemis nawet nie drgnął. Dlaczegóż miałby się bać? Przed ciosami zawsze chronił go służący. Ale wówczas kątem oka zauważył na pierwszym monitorze dużą postać, biegnącą po schodach. Butler.

- Tak jest, bogaty chłoptasiu - powiedziała Holly zjadliwie. - Jesteś zdany tylko na siebie.

I zanim Artemis zdążył się zdziwić, Holly napięła muskuły i z całej siły przyłożyła swemu porywaczowi prosto w nos.

- Uff - jęknął, opadając na siedzenie.

- Uff. Długo na to czekałam! Ponownie skupiła się na głosie, który brzęczał jej do ucha:

- ...do zewnętrznych kamer nadajemy obraz w pętli, żeby ludzie nie dostrzegli, że coś zbliża się aleją. Ale on nadchodzi, wierz mi.

- Ogierek? Ogierek, odbiór.

- Holly? To ty?

- A któż by inny? Ogierek, nie ma żadnej pętli. Widzę wszystko, co się dzieje.

- A to spryciarz. Pewnie uruchomił system od nowa.

W alei wrzało jak w ulu. Zespołem ruchliwych wróżek wyniośle dyrygował Pałka, ośrodkiem zamieszania zaś był wózek poduszkowca, wysoki na pięć metrów, unoszący się na warstwie sprężonego powietrza. Technicy zatrzymali go dokładnie naprzeciw drzwi dworu, a teraz mocowali do murów ciśnieniowy stempel kruszący. Po odpaleniu stempla kilka prętów z twardego stopu wbije się w skrzydła drzwiowe, skutecznie je rozbijając. Gdy kurz opadnie, troll ujrzy przed sobą ziejący otwór i będzie miał tylko jedno wyjście - do wnętrza domu.

Holly zerknęła na pozostałe monitory. Butlerowi udało się wywlec Julię z celi. Brat i siostra opuścili już piwnice i właśnie znajdowali się w holu wejściowym. Prosto na linii ognia.

- D'Arvit - zaklęła SKRZATka, zmierzając do stołu roboczego. Artemis uniósł się na łokciach.

- Uderzyłaś mnie - powiedział z niedowierzaniem. Holly przypięła do ramion kolibry.

- Tak jest, Fowl. I nie omieszkam znów tego zrobić. Więc zostań na miejscu, jeśli ci życie miłe.

Po raz pierwszy w życiu Artemis zdał sobie sprawę, że nie ma na podorędziu żadnego docinka. Otworzył usta, czekając, aż umysł dostarczy mu zwykłej, błyskotliwej riposty. Lecz na próżno.

Holly wsunęła do kabury neutrino 2000.

- Tak jest, Błotny Chłopaczku. Zabawa się skończyła. Pora, żeby sprawą zajęli się zawodowcy. Bądź grzeczny, a kupię ci lizaka, kiedy wrócę.

Wybiegła z pokoju i wzbiła się pod starożytne dębowe sklepienie. Po jej odejściu Artemis długo myślał, aż wreszcie powiedział:

- Nie lubię lizaków.

Bolesna niestosowność tej odpowiedzi przeraziła go. Przecież to żałosne: „Nie lubię lizaków". Żaden szanujący się przestępca za żadne skarby nie pomyślałby o lizakach. Doprawdy, musiał stworzyć bazę dowcipnych reakcji na takie okazje.

Całkiem możliwe, iż Artemis jeszcze długo siedziałby w fotelu, zupełnie oderwany od bieżącej sytuacji, gdyby nie straszliwy wybuch przy frontowych drzwiach, od którego dwór zatrząsł się w posadach. W takiej sytuacji każdy by się ocknął.


Przed tymczasowo pełniącym obowiązki dowódcy Pałką wylądował chochlik.

- Stempel umocowany, sir.

- Kapitanie, jesteście pewni, że ciasno przywiera? -zapytał Pałka. - Nie chciałbym, żeby troll poszedł w inną stronę.

- Ściśnięty jak kieszeń goblina. Nawet bańka powietrza się nie prześlizgnie. Ściśnięty jak ślimacze...

- Doskonale, kapitanie - pośpiesznie przerwał Pałka, nim chochlik zdążył dokończyć obrazowe porównanie.

Wózek poduszkowca zakołysał się gwałtownie, niemal odrywając się od poduszki powietrznej.

- Lepiej odpalajmy, obywatelu dowódco. Jeśli go zaraz nie wypuścimy, moi chłopcy przez cały przyszły tydzień będą zeskrobywać...

- Dobrze już, dobrze, kapitanie. Wysadźcie już te drzwi, na litość boską.

Pałka skrył się za osłoną przeciwpodmuchową i na ekranie swego palmtopa zanotował: „Zwrócić uwagę chochlikom, żeby uważały, jak się wyrażają. W końcu jestem teraz dowódcą".

Niestosownie wyrażający się kapitan okazał się dowódcą poduszkowca.

- Wysadź je, Chix! - rozkazał gromko. - Wysadź te cholerne drzwi z zawiasów!

- Tajest, sir. Z cholernych zawiasów, sir. Ale numer!

Pałka aż się skręcił. Musi jutro zwołać ogólne zebranie; na pewno do tej pory otrzyma już stopień komendanta. Nawet chochliki nie odważą się przeklinać, mając przed oczami lśniącą odznakę potrójnej żołędzi.

Mimo że kabina poduszkowca wyposażona była w kwarcową szybę, Chix nasunął na oczy gogle przeciw-odłamkowe. Dziewczyny je uwielbiały, a przynajmniej pilot tak uważał, w duszy bowiem postrzegał siebie jako posępnego śmiałka. Chochliki takie już są - dajcie takiemu parę skrzydeł, a uzna, że żadna się mu nie oprze. Ale niefortunne usiłowania Chiksa Gryzonia, aby zrobić wrażenie na damach, to zupełnie inna historia. W naszej opowieści ów osobnik spełnia tylko jedno zadanie - melodramatycznym gestem naciska przycisk „odpalaj". Co też zamaszyście uczynił.

Dwa tuziny sterowanych ładunków wybuchły jednocześnie, wyrzucając z komór dwa tuziny metalowych prętów, pędzących z prędkością półtora tysiąca kilometrów na godzinę. Napotkawszy przeszkodę, każdy z prętów rozbijał ją na proch w promieniu piętnastu centymetrów. Cholerne drzwi - jak powiedziałby kapitan - wyleciały z zawiasów, nie stawiając najmniejszego oporu.

Gdy opadł kurz, strażnicy podnieśli wewnętrzną, ograniczającą kratę klatki i jęli walić dłońmi w boczne ściany.

Pałka wychylił się zza osłony przeciwpodmuchowej.

- Wporządku, kapitanie?

- Cholerną minutkę, komendancie. Chix? Jak idzie? Chix spojrzał na monitor w kabinie.

- Ruszył się. Hałas go wystraszył. Wysuwa pazury. O rany, ale wielkie bydlę. Nie chciałbym być w skórze tej SKRZATki, kiedy wejdzie mu w drogę.

Pałka poczuł lekkie wyrzuty sumienia, które wszakże rozproszył dzięki swemu ulubionemu marzeniu - wizji samego siebie, rozsiadającego się w beżowym, aksamitnym fotelu Rady.

Klatka zakołysała się gwałtownie, omal nie wyrzucając z kabiny Chiksa, który z trudem utrzymał się w siedzeniu niczym jeździec rodeo.

- Oho! Idzie! Załadujcie broń, chłopcy. Mam wrażenie, że lada moment usłyszymy wołanie o pomoc.

Pałka nie zawracał sobie głowy ładowaniem broni. Zostawiał takie rzeczy szeregowym funkcjonariuszom. Jako pełniący obowiązki dowódcy uważał swoją osobę za zbyt ważną, by ją narażać na niebezpieczeństwo. Dla ogólnie rozumianego dobra Ludu oddalił się ze strefy bezpośrednich operacji.


Butler biegł w dół po cztery stopnie naraz. Chyba po raz pierwszy opuścił panicza Artemisa w chwili kryzysu. Ale Julia należała do rodziny i najwyraźniej źle się czuła. Wróżka coś jej powiedziała i teraz jego mała siostrzyczka siedziała w celi, zanosząc się od śmiechu.Obawiał się najgorszego. Gdyby spotkało ją nieszczęście, nigdy by sobie tego nie wybaczył.

Poczuł, że po jego gładko wygolonej czaszce spływa strużka potu. Cała afera rozwijała się w nieoczekiwany, fantastyczny sposób. Wróżki, czary i zakładniczka, swobodnie poruszająca się po zamku. Jak Artemis mógł oczekiwać, że Butler sam zapanuje nad wszystkim? Nawet najpośledniejszy polityk potrzebował czterech ochroniarzy, a on miał w pojedynkę poradzić sobie z tą niemożliwą sytuacją?

Pędem wpadł do pomieszczenia, do niedawna będącego celą kapitan Niedużej. Julia leżała wyciągnięta na pryczy i z zachwytem wpatrywała się w betonową ścianę.

- Co robisz? - wychrypiał, wprawnym ruchem wyciągając automat sig sauer. Siostra ledwie nań spojrzała.

- Cicho, ty wielka małpo. Walczy Louie Maszyna Miłości. Nie jest aż taki straszny, poradziłabym sobie z nim bez trudu.

Butler zamrugał. Julia bredziła; najwyraźniej została odurzona.

- Idziemy. Artemis czeka na górze, w sali operacyjnej.

Julia wyciągnęła wymanikiurowany palec ku ścianie.

- Artemis może poczekać. To walka o tytuł mistrza międzykontynentalnego. I w dodatku mają prywatny zatarg. Louie zjadł ulubionego prosiaczka Człowieka Wieprza.

Służący przyjrzał się uważnie ścianie. Z całą pewnością była pusta. Nie miał już czasu na bzdury.

- Dobra, chodź - mruknął, przerzucając siostrę przez szerokie plecy.

- Niee! Ty brutalu! - zaprotestowała, waląc go po grzbiecie małymi piąstkami. - Nie teraz! Wieprz! Wieeeprz!

Butler zignorował jej obiekcje i zaczął biec długim krokiem. Kim, u licha, jest ten cały Wieprz? Pewnie któryś z jej chłopaków. W przyszłości będzie musiał baczniej się przyglądać, kto puka do budki odźwiernego.

- Butler? Odezwij się.

Artemis go wzywał. Butler przesunął siostrę trochę wyżej i wyciągnął zza pasa radiotelefon.

- Lizaki! - warknął jego pracodawca.

- Co mówisz? Chyba...

- Ee... Chciałem powiedzieć, wynoś się stamtąd. Kryj się! Kryj się!

Kryj się? Owo militarne określenie brzmiało dziwnie w ustach panicza Artemisa. Niczym pierścionek z brylantem w torbie z cukierkami.

- Kryj się?

- Tak jest, Butler! Kryj się! Sądziłem, że używając prostackiej terminologii, najprędzej pobudzę twoje funkcje poznawcze. Najwyraźniej myliłem się.

To brzmiało bardziej znajomo. Butler rozejrzał się po holu, szukając jakiejś kryjówki. Wybór miał niewielki, gdyż znajdowały się tu jedynie średniowieczne zbroje rycerskie, stojące wzdłuż ścian w regularnych odstępach. Służący dał nura za rycerza w czternastowiecznym rynsztunku, z lancą i maczugą.

Julia stuknęła zbroję w napierśnik.

- Myślisz, że jesteś silny? Dałabym ci radę jedną ręką.

- Cisza!- syknął Butler i jął nasłuchiwać. Coś zbliżało się do drzwi wejściowych. Coś dużego. Butler wysunął głowę i rzucił okiem do holu...

I wówczas drzwi eksplodowały - choć określenie to nie oddaje skali zdarzenia. Należałoby raczej powiedzieć, że drzwi rozpadły się w proch. Ostatnio służący był świadkiem podobnej katastrofy, gdy trzęsienie ziemi o sile siedmiu stopni w skali Richtera rozerwało na strzępy posiadłość kolumbijskiego barona narkotykowego tuż zanim on, Butler, zdążył ją wysadzić w powietrze. To, co stało się tutaj, miało zupełnie inny, bardziej lokalny charakter i zostało bardzo profesjonalnie zrobione. Klasyczna taktyka antyterrorystyczna - ogłuszyć przeciwnika dymem i hałasem, po czym wtargnąć, nim się otrząśnie. Nadchodziło coś bardzo złego.

Nie mylił się. Chmura pyłu opadła z wolna, osiadając białym nalotem na tunezyjskim kobiercu. Madame Fowl bardzo by się gniewała - to znaczy, gdyby wystawiła choć czubek nosa za drzwi poddasza. Instynkt podpowiadał Butlerowi ucieczkę, najlepiej od razu, zanim widoczność się poprawi. Powinien pobiec zakosami przez parter i przedostać się na wyższy poziom w schylonej pozycji, by zmniejszyć pole rażenia. Lada moment pod łukiem drzwi zaświszcze grad pocisków, a wówczas hol parteru będzie ostatnim miejscem, gdzie on, Butler, będzie chciał się znaleźć.

I każdego innego dnia Butler ruszyłby do ucieczki. Nim mózg zdążyłby pomyśleć, ciało znalazłoby się już w połowie schodów. Ale nie dzisiaj - dzisiaj za wszelką cenę musiał uniknąć morderczego ognia atakujących, dźwigał bowiem na ramieniu bredzącą siostrzyczkę. W swym oszołomieniu Julia gotowa była wyzwać batalion elfich komandosów na turniej walki wręcz. Lecz choć bez przerwy się odgrażała, Butler wiedział, że jest zaledwie dzieckiem. Nie umiałaby stawić czoła wyszkolonemu wojsku. A zatem przykucnął, oparł Julię o gobelin i odbezpieczył broń. No, dobra. Skoro tak, pomyślał, to chodźcie i weźcie mnie, magiczne chłopaki.

Coś przemieszczało się w kłębach kurzu. Butler od razu pojął, że nie jest to człowiek - uczestniczył w zbyt wielu wyprawach safari, by nie rozpoznać zwierzęcia. Możliwe, że miał przed sobą małpę - budową górnej połowy ciała stworzenie przypominało małpę afrykańską, ale było większe niż jakakolwiek człekokształtna istota, jaką służącemu zdarzyło się widzieć. Jeśli to małpa, pomyślał, to broń ręczna nie na wiele się przyda. W mózg dorosłego samca goryla można władować pięć kuł, a on i tak zdąży nas pożreć, zanim zrozumie, że nie żyje.

Ale nie była to małpa. Małpy nie mają oczu, które widzą w ciemności, ten zaś stwór posiadał świecące, czerwone źrenice, na poły skryte za zmierzwionymi kudłami. Miał też kły, choć nie takie jak słoń - bardziej zakrzywione, o zębatych krawędziach, w sam raz nadające się do patroszenia. Butler poczuł mrowienie w podbrzuszu. Już raz doznał takiego uczucia, a było to pierwszego dnia w akademii w Szwajcarii. Uczucie to nazywało się strach.

Istota wyszła z chmury pyłu. Butler wstrzymał oddech, znów po raz pierwszy od czasów akademii. Z takim przeciwnikiem jeszcze nie walczył. Zdał sobie sprawę, co zrobiły wróżki. Przysłały pierwotnego drapieżcę, istotę, której nie interesowały czary ani reguły,która po prostu zabijała wszystko, co spotkała na swej drodze, niezależnie od gatunku. Był to łowca doskonały; wyraźnie wskazywały na to ostre zęby mięsożercy, krew zaschnięta pod pazurami, a nade wszystko skoncentrowana nienawiść, bijąca ze ślepiów.

Troll człapał przed siebie, mrużąc oczy w świetle żyrandola. Pożółkłe pazury drapały marmurowe tafle podłogi, wzniecając snopy iskier. Wtem stwór przekrzywił łeb i zaczął węszyć, wydając dziwne, krótkie parsknięcia. Butler widział już takie zachowanie u wygłodniałych rosyjskich pitbuli, tuż zanim opiekunowie spuścili je z uwięzi w pogoni za niedźwiedziem.

Kudłaty łeb zastygł nagle z nosem skierowanym w stronę kryjówki siostry Butlera. Nie był to przypadek. Służący wyjrzał ostrożnie zza metalowej rękawicy. Nadeszła pora na polowanie; drapieżnik złapał trop i teraz będzie usiłował podkraść się do ofiary i przypuścić błyskawiczny atak.

Najwyraźniej jednak troll nie czytał instrukcji dla drapieżników, gdyż pominął etap skradania i od razu przystąpił do ataku. Szybciej, niż Butler uważał za możliwe, troll rzucił się przez hol, spycha z drogi średniowieczną zbroję, która odleciała w bok niczym sklepowy manekin.

Julia zatrzepotała powiekami.

- Oo - zdziwiła się. - Przecież to Bob Wielka Stopa. Mistrz Kanady z roku 1998. Myślałam, że pojechałeś w Andy szukać swoich krewnych.

Butler nie zaprzątał sobie głowy prostowaniem. Jego siostrę opuściła jasność myślenia, ale przynajmniej umrze szczęśliwa. Snuł jeszcze owe ponure rozważania, gdy jego ręka uniosła broń do strzału.

Naciskał spust raz za razem, tak szybko, jak pozwalał mechanizm sig sauera. Dwa pociski w pierś, trzy między oczy, taki miał plan. Strzały w pierś dosięgły celu, ale zanim Butler zdołał dokończyć dzieła, troll popsuł mu szyki. Zatoczył głową krąg, wymierzając w korpus wroga koszący cios. Jego kły smagnęły tułów służącego, tnąc kurtkę z kevlaru niczym papier ryżowy.

Butler poczuł zimny ból w piersi, rozdzieranej zębatym ostrzem. Od razu zrozumiał, że rana jest śmiertelna. Z trudem walczył o oddech; jedno płuco odmówiło mu posłuszeństwa, a na sierść trolla trysnęły strumienie krwi - jego krwi. Po takim krwotoku nie mógł przeżyć. Ból minął prawie natychmiast, ustępując miejsca dziwnej euforii. Zapewne zaczął działać naturalny środek przeciwbólowy, płynący kanalikami w kłach bestii, płyn bardziej śmiercionośny od najsilniejszej trucizny. Za chwilę, myślał Butler, zejdzie do grobu bez walki, zanosząc się od śmiechu.

Wściekle walcząc z uściskiem trolla, usiłował opierać się narkotykowi, atakującemu organizm. Ale bezskutecznie. Walka skończyła się, zanim zaczęła się na dobre.

Troll stęknął i cisnął za plecy zwiotczałe ciało człowieka. Masywna postać Butlera gruchnęła o ścianę z prędkością, do jakiej nie zostały przystosowane ludzkie kości. Mur pękł od sufitu po podłogę, krusząc się podobnie jak kręgosłup służącego. Butler zrozumiał, że nawet jeśli nie umrze z upływu krwi, będzie sparaliżowany przez resztę życia. Julia wciąż trwała w oszołomieniu.

- Chodź, braciszku. Wstawaj z ringu. Wszyscy widzimy, że udajesz.

Troll zawahał się, prymitywnie zaciekawiony owym brakiem lęku. Gdyby umiał sformułować równie skomplikowaną myśl, podejrzewałby podstęp, lecz w końcu apetyt zwyciężył. To stworzenie pachniało mięskiem, świeżym i delikatnym, przyprawionym z wierzchu rozmaitymi zapachami. Kto raz spróbował mięsa z powierzchni ziemi, hodowanego na otwartym powietrzu, ten nigdy już się nie cofnie. Troll przeciągnął jęzorem po siekaczach i wyciągnął kudłate ramię...


Holly złożyła skrzydła i wchodząc w lot nurkujący, spłynęła wzdłuż poręczy. Zatrzymała się pod witrażowym sklepieniem portyku, które promieniało zatrzymanym w czasie, nieziemskim blaskiem, pociętym na grube, lazurowe promienie.

Światło, pomyślała Holly. Reflektory na kasku już raz okazały się skuteczne, dlaczego znów nie spróbować? Mężczyzna wyglądał jak worek połamanych kości i nie mogła mu już pomóc, ale dziewczynie zostało jeszcze kilka sekund - troll dopiero zamierzał rozerwać ją na strzępy.

Obniżając się spiralnym lotem wzdłuż świetlnego promienia, znalazła na konsoli kasku przycisk „so-nix". Sonix zwykle stosowano przeciwko psom, ale być może uda się odwrócić uwagę trolla na kilka minut -dostatecznie długo, by Holly zdążyła zjechać na poziom parteru.

Troll atakował Julię od dołu, gestem przeznaczonym dla bezbronnych ofiar, gdyż pazury sięgały wówczas pod żebra i od razu rozrywały serce; dzięki temu uszkodzenia ciała były minimalne, a także nie występowało napięcie przedśmiertne, od którego mięso robi się łykowate.

Holly uruchomiła sonix... i nic się nie stało. Bez skutku. Doprawdy, przeciętny troll, słysząc tony ultra-wysokiej częstotliwości, przejawiłby choć cień irytacji. Ale ta osobliwa bestia nawet nie potrząsnęła kudłatym łbem. Możliwości były dwie: albo kask źle działał, albo troll był głuchy jak przysłowiowy pień. Niestety, Holly nie mogła rozstrzygnąć tej kwestii, albowiem uszy wróżek są nieczułe na dźwięk soniksa.

Holly została zatem zmuszona do przyjęcia strategii, której wolała nie stosować; musiała wejść w kontakt bezpośredni. Wszystko, aby ocalić ludzkie życie – tego dotyczył rozdział ósmy regulaminu, bez najmniejszej wątpliwości.

Szarpnęła drążek, przechodząc z czwartego biegu bezpośrednio na wsteczny - manewr niezbyt korzystny dla skrzyni biegów. Dostanie burę od mechaników, jeśli oczywiście - co mało prawdopodobne - uda się jej przetrwać ten niekończący się koszmar. Ze zgrzytem wykonana ewolucja obróciła ją w powietrzu tak, że obcasy jej butów znalazły się tuż nad łbem stwora. Wzdrygnęła się. Dwie potyczki z rzędu z tym samym trollem. Nie do wiary.

Kopnięcie z obrotu trafiło prosto w szczyt czaszki trolla. Przy tej prędkości siła uderzenia odpowiadała półtonowemu ciężarowi. Nogi Holly nie popękały na kawałki tylko dzięki wzmocnionym nogawkom kombinezonu. Ale i tak usłyszała trzask w kolanie. Szarpiący ból, który poczuła aż w czole, uniemożliwił jej odwrót. Zamiast odlecieć na bezpieczną odległość, Holly opadła na grzbiet trolla i natychmiast wplątała się w jego zmierzwioną sierść.

Troll był już nieźle rozdrażniony. Nie tylko coś przeszkodziło mu w spożyciu obiadu, to jeszcze to coś tkwiło wczepione w jego futro razem z innym robactwem. Wyprostował się i sięgnął za ramię pazurzastą łapą. Zakrzywione szpony przeorały kask Holly, zostawiając w twardym stopie równoległe bruzdy. Przez chwilę Julii nic nie groziło; jej miejsce na liście jednostek zagrożonych wyginięciem zajęła kapitan Nieduża.

Troll ścisnął mocniej kask SKRZATki, dziwnym sposobem znajdując punkt zaczepienia na jego przeciwtarciowej powłoce, której według Ogierka nie sposób było chwycić. Stanowczo, Holly musiała z faunem poważnie porozmawiać, jeśli nie w tym życiu, to w przyszłym. Uświadomiła sobie, że wróg unosi ją w górę i przygląda się. jej bacznie.Oszołomiona bólem i panującym wokół chaosem, bezskutecznie próbowała się skupić. Jej bezwładna noga kołysała się niczym wahadło, a twarz omiatał kwaśny oddech trolla.

Przecież miała jakiś plan? Przecież nie przyleciała tu po to, by po prostu zwinąć się wkłębek i umrzeć? Musiało istnieć jakieś wyjście. Czegoś się przecież nauczyła przez te wszystkie lata, spędzone w Akademii. Ale plan, jakikolwiek był, uleciał w zamęcie i bólu. Stał się niedostępny.

- Światła, Holly...

Głos w głowie. Pewnie już mówiła sama do siebie. Doświadczenie poza głową, ha, ha... Musiała pamiętać, żeby opowiedzieć o tym Ogierkowi. Ogierek?

- Włącz światła, Holly! Kiedy puści w ruch te kły, zabije cię, zanim zdążą zadziałać jakiekolwiek czary.

- Ogierek? To ty? - Holly nie wiedziała, czy wymówiła te słowa, czy też tylko je pomyślała.

- Tunelowe reflektory, kapitan Nieduża! - Inny głos. Nie tak serdeczny. - Przycisk! Natychmiast! To rozkaz!

O rany, Bulwa! Znowu zawaliła robotę. Najpierw Hamburg, potem Martina Franca, teraz to.

- Nacisnąć! Już, kapitan Nieduża!

Holly spojrzała prosto w bezlitosne oczy trolla i dramatycznym gestem nacisnęła przycisk - lecz niestety, światła się nie włączyły. Na nieszczęście dla siebie Holly wybrała jeden z kasków okaleczonych uprzednio przez Artemisa, hełm pozbawiony soniksa, filtrów i reflektorów tunelowych. Co prawda halogeny wciąż znajdowały się na swoim miejscu, ale w trakcie swoich dociekań Artemis rozłączył przewody.

- Ojej - jęknęła Holly.

- Ojej? - warknął Bulwa. - Co to ma znaczyć?

- Światła nie działają.

- Och... - głos Bulwy ucichł. Cóż mógł powiedzieć?

Holly zmrużyła oczy i spojrzała na trolla. Gdyby nie wiedziała, że to głupie zwierzę, mogłaby przysiąc, że bestia się z niej śmieje. Ocieka krwią z licznych ran klatki piersiowej i szczerzy zęby. A kapitan Nieduża nie lubiła, kiedy się z niej śmiano.

- Śmiej się dalej - powiedziała i uderzyła trolla jedyną dostępną bronią. Swoją odzianą w kask głową.

Niewątpliwie był to czyn bohaterski, lecz okazał się równie skuteczny, jak próba ścięcia drzewa za pomocą piórka. Na szczęście niefortunny cios wywołał skutek uboczny - przez ułamek sekundy włókna dwóch przewodów zetknęły się, dostarczając energii jednemu z reflektorów.

- He, he - wymamrotała Holly.Czterysta watów białego, oślepiającego światła wdarło się w szkarłatne źrenice stwora i rozdarło jego mózg przenikliwymi sztyletami udręki.

Trollem szarpnął bezwiedny skurcz. Odrzucona konwulsją wróżka zawirowała po parkiecie, ciągnąc za sobą zranioną nogę.

Ściana zbliżała się z przerażającą prędkością. Być może, pomyślała z nadzieją Holly, będzie to jedno z tych zderzeń, kiedy ból czuje się dopiero później. Nie, natychmiast odparł jej wrodzony pesymizm, chyba nie. Z hukiem wpadła na normański gobelin, który zwalił się jej na głowę. Ból był natychmiastowy i obezwładniający.

- Uff - stęknął Ogierek. - Nawet ja to poczułem. Wizję diabli wzięli. Czujniki bólu przekroczyły skalę. Masz pęknięte płuco, pani kapitan. Stracimy cię na jakiś czas, ale nie martw się, twoja magia lada chwila zacznie działać.

Holly poczuła, że błękitne czarodziejskie łaskotki śpieszą naprawiać jej rozliczne rany. Dzięki bogom za żołędzie. Ale uzdrawianie zaczęło się zbyt późno, a jego moc nie była dostateczna i ból przekroczył próg wytrzymałości Holly. Zanim jednak zapadła w nieświadomość, jej zwiotczała dłoń wysunęła się spod gobelinu i dotknęła nagiego ramienia Butlera. Zdumiewające - człowiek jeszcze żył. Uparte tętno przepychało krew przez zmiażdżone kończyny.

Uzdrawiaj, pomyślała Holly. Magiczna moc posłusznie powędrowała wzdłuż jej palców.


Troll stał w obliczu dylematu - którą żeńską istotę pożreć najpierw. Ach, te wybory. Decyzji nie ułatwiało mu bynajmniej wspomnienie dotkliwego bólu w kudłatej głowie ani garść kuł, tkwiąca w tłuszczowej tkance na piersiach. W końcu zdecydował się na mieszkankę powierzchni. Miękkie, ludzkie mięso, o ileż smaczniejsze niż łykowate mięśnie wróżek.

Bestia przykucnęła, obracając głowę dziewczyny pożółkłym pazurem. Pod skórą na jej szyi leniwie pulsowała błękitna tętnica. Serce czy gardło? - zastanowił się troll. Gardło znajdowało się bliżej. Obrócił szpon, którego ostra krawędź wpiła się w delikatną ludzką skórę. Jeden szybki ruch i własne tętno dziewczyny opróżni jej ciało z krwi.


Butler ocknął się, co samo w sobie stanowiło niespodziankę. Od razu zorientował się, że żyje - każdy centymetr sześcienny jego organizmu przeszywał straszliwy ból. Niedobrze. Może i żył, ale kark miał skręcony o 180 stopni; oznaczało to, że nigdy więcej nie pójdzie na spacer z psem - a już z pewnością nie uda mu się uratować siostry.

Zakręcił palcami. Bolało jak cholera, ale przynajmniej mógł nimi poruszać. Zdumiewające, że zachował jakieś funkcje motoryczne, zważywszy uraz, jaki odniósł jego rdzeń kręgowy. Palce u stóp też najwyraźniej wyszły bez szwanku, jednak ten ruch mógł być reakcją fantomową, gdyż w ogóle ich nie widział.

Krwawienie z klatki piersiowej najwyraźniej ustało, potrafił też trzeźwo myśleć. Reasumując, był w znacznie lepszym stanie, niż powinien. Co, u licha, się tu działo?

Zauważył coś jeszcze - po całym jego torsie tańczyły błękitne iskierki. Uznał, że chyba dręczą go halucynacje, przyjemne obrazy, mające odwrócić jego uwagę od nieuniknionego końca. Ale trzeba stwierdzić, że były to halucynacje nader realistyczne. Iskierki skupiały się w miejscach zranień i wnikały pod skórę. Butler zadrżał. Jednak nie uległ omamom - rzeczywiście działo się z nim coś niezwykłego, magicznego.

Magicznego? Słowo to odezwało się echem w jego świeżo poskładanej czaszce. Czary wróżek. Coś leczyło jego rany. Odwrócił głowę, wzdrygając się na odgłos przemieszczających się kręgów. Na jego przedramieniu spoczywała dłoń. Ze smukłych elfich palców płynęły drobne iskierki, automatycznie wyszukując stłuczenia, złamania i pęknięcia. Musiały wygoić wiele skaleczeń, lecz radziły sobie z nimi szybko i skutecznie, niczym armia mistycznych bobrów, naprawiających uszkodzenia po burzy.

Butler czuł wręcz, jak zrastają się jego kości, a krew przestaje płynąć z ran, okrytych na poły zakrzepłymi strupami. Gdy kręgi ułożyły się na swoich miejscach, mimowolnie obrócił głowę. Dzięki czarodziejskiej fali krwi - której trzy litry utracił wskutek ciosu w pierś - poczuł gwałtowny przypływ sił.

Zerwał się na równe nogi - naprawdę! Znów był sobą, więcej, był tak silny, jak nigdy przedtem. Dostatecznie silny, by raz jeszcze zmierzyć się z potworem, który pochylał się nad jego siostrzyczką.

Poczuł, że jego uzdrowione serce przyśpiesza niczym silnik łodzi motorowej. Spokój, powiedział sobie. Wściekłość jest wrogiem skuteczności. Jednak sytuacja wydawała się rozpaczliwa. Stwór już raz właściwie go zabił, a tym razem Butler nie miał nawet broni. Choć umiał świetnie walczyć wręcz, dałby wiele za jakieś narzędzie. W miarę ciężkie. Z brzękiem trącił butem o metalowy przedmiot. Spojrzał w dół, na pobojowisko, pozostawione przez trolla... Doskonale.



Na ekranie widniała jedynie czarno-biała kasza.

- No, szybciej! - popędzał Bulwa. - Pospiesz się!

Ogierek przepchnął się obok przełożonego.

- Może gdyby pan nie blokował dostępu do konsoli sterowniczej...

Bulwa niechętnie usunął się z drogi. Jego zdaniem konsola była sama sobie winna, że znalazła się tuż za nim. Głowa fauna zniknęła w szafce kontrolnej.

- Macie coś?

- Nic, tylko zakłócenia.

Bulwa uderzył dłonią w ekran. Pomysł okazał się niezbyt dobry: po pierwsze, walenie w sprzęt odnosi skutek jeden raz na milion, po drugie, ekrany plazmowe po dłuższej pracy robią się niezwykle gorące.

- D'Arvit!

- A tak na marginesie, proszę nie dotykać ekranu.

- Och, ha, ha. Mamy czas, żeby sobie żartować, co?

- Właściwie nie mamy. A teraz, widać coś?

Kasza zaczęła się układać w rozpoznawalne kształty.

- Dobrze, tak trzymać. Jest sygnał.

- Uruchomiłem kamerę zapasową. Obawiam się, że to zwykle stare wideo, ale na razie musi nam wystarczyć.

Bulwa milczał, wpatrzony w ekran. To z pewnością był film - to nie mogło się dziać naprawdę.

- Coś ciekawego?

Bulwa usiłował wykrztusić odpowiedź, ale w jego żołnierskim słowniku zabrakło odpowiednio silnych wyrażeń.

- Co? Co się tam dzieje?

Komendant zmobilizował się.

- Ten... ten człowiek... Nigdy... Och, Ogierek, nic z tego. Musicie sami to sobie obejrzeć.


Holly obserwowała całe zajście spomiędzy fałd gobelinu i gdyby nie widziała go na własne oczy, nigdy by nie uwierzyła, że coś takiego jest możliwe. Właściwie dopiero, kiedy pisząc raport, obejrzała nagranie wideo, upewniła się, że nie uległa halucynacji, spowodowanej bliskim zetknięciem ze śmiercią. Tak czy inaczej, nagranie owo przeszło do legendy. Na początku krążyło w wypożyczalniach amatorskich filmów, po czym wylądowało w Akademii SKR jako instruktażowy pokaz walki wręcz.

Ubrany w średniowieczną zbroję człowiek Butler najwyraźniej - choć wydawało się to niesłychane -szykował się do pojedynku z trollem. Holly usiłowała go ostrzec, próbowała wydać z siebie jakiś dźwięk, ale czary nie przywróciły jeszcze sprawności jej zmiażdżonym płucom.

Butler zamknął przyłbicę i uniósł zabójczą, najeżoną kolcami maczugę.

- Hej, ty - wychrypiał zza blachy. - Teraz ci pokażę, jak to się kończy, kiedy ktoś zaczepia moją siostrę.

Lekko zakręcił maczugą niczym kapelmistrz pałeczką i wymierzył straszliwy cios między łopatki trolla. Uderzenie to z pewnością nie było śmiertelne, lecz odwróciło uwagę stwora od niedoszłej ofiary.

Umieściwszy stopę ponad zadkiem trolla, Butler z całej siły pociągnął za maczugę, która wyszła z ciała wroga z mdlącym cmoknięciem. Następnie cofnął się i przyjął postawę bojową.

Troll odwrócił się ku niemu, wysuwając wszystkie dziesięć szponów na pełną długość. Na czubkach kłów zalśniły krople jadu. Zabawa się skończyła. Bestia powstrzymała się od błyskawicznego uderzenia - została zraniona i musiała zachować czujność. Tego napastnika należało potraktować z takim samym respektem, jak innego samca trolla. Nastąpiło naruszenie terytorium, a taki spór trolle rozstrzygały w tylko jeden sposób - tak jak trolle rozwiązują wszelkie spory...

- Ostrzegam cię - oznajmił Butler z powagą. -Jestem uzbrojony i zamierzam cię zabić, jeśli to będzie konieczne.

Holly jęknęłaby, gdyby mogła. Pogróżki! Człowiek usiłował wciągnąć trolla w męskie przepychanki słowne! Wkrótce jednak zdała sobie sprawę ze swego błędu. Nie słowa miały znaczenie, lecz ton - spokojny, uspokajający, niczym głos tresera, mówiącego do spłoszonego jednorożca.

- Odejdź od kobiety. Spokojnie.

Troll wydął policzki i zawył. Taktyczne zastraszanie. Próba sił. Jednak Butler ani drgnął.

- Tak, tak, ależ się przeraziłem. Po prostu cofnij się do drzwi, to nie będę musiał posiekać cię na kawałki.

Troll parsknął, zdumiony reakcją. Jego ryk na ogół sprawiał, że wszystko, co żywe, czmychało do najdalszych tuneli.

- Krok za krokiem, spokojnie i bez nerwów, wielkoludzie.

Oczy stwora jakby nabrały innego wyrazu. Zamigotała w nich niepewność. Czyżby człowiek...

I wtedy Butler uderzył. Tanecznym krokiem ominął kły i zamachnąwszy się maczugą, zadał bestii miażdżący cios w szczękę. Troll zatoczył się do tyłu, wściekle machając szponami. Ale było już za późno; służący wycofał się poza ich zasięg i odskoczył na drugą stronę korytarza.

Troll ciężko ruszył w ślad za nim, plując zębami z rozbitych dziąseł. Butfer opadł na kolana, ślizgając się po wypolerowanym parkiecie niczym łyżwiarz figurowy. Obrócił się zręcznie ku stworzeniu i unosząc sig sauera, powiedział:

- Zgadnij, co tu mam?

Tym razem nie celował w pierś. Cały magazynek, dziesięć kul, władował trollowi między oczy. Niestety, na swoje nieszczęście nie wiedział o tym, że czoła trolli, które od tysiącleci trykają się wzajemnie łbami, pokrywa gruby grzebień kostny. Pomimo teflonowego płaszcza, pociski, wzorcowo skupione w jednym punkcie, nie przebiły czaszki.

Niemniej żadne stworzenie na naszej planecie nie może zlekceważyć dziesięciu strzałów. Uderzenia kul odbiły się werblem w czaszce trolla, powodując natychmiastowy wstrząs mózgu. Zwierzę zatoczyło się i złapało za głowę. Butler dogonił je w ułamku sekundy i ciosem maczugi przygwoździł do posadzki kosmatą łapę.

Nieszczęsna istota była oszołomiona, oślepiona i kulawa. Każdy normalny człowiek poczułby choć odrobinę współczucia. Ale nie Butler. Zbyt często widział ludzi uśmierconych przez ranne zwierzęta. Teraz niebezpieczeństwo było największe; musiał jak najskuteczniej zakończyć sprawę i nie mógł okazać ani krztyny litości.

Holly przyglądała się bezsilnie, jak człowiek starannie bierze zamach i wymierza słabnącemu trollowi serię przemyślanych uderzeń. Najpierw powalił go na kolana, po czym odrzucił maczugę i zaczął zadawać straszliwe ciosy pięściami, odzianymi w żelazne rękawice. Oszołomiony troll próbował się bronić i kilkakrotnie nawet dosięgnął celu, lecz jego łapy nie mogły przebić starej zbroi. Tymczasem Butler walczył z precyzją chirurga. Wykorzystał fakt, że budowa ludzi i trolli jest mniej więcej podobna, i w kilka sekund zamienił potężne stworzenie w kupę dygocącego futra. Przykro było na to patrzeć. Ale służący jeszcze nie skończył; ściągnąwszy zakrwawione rękawice, załadował do pistoletu nowy magazynek.

- No, zobaczymy, jak grubą kość masz pod brodą.

- Nie!- wydusiła Holly, chwytając pierwszy oddech. - Nie rób tego.

Butler zignorował ją i wraził lufę pod żuchwę trolla.

- Nie rób tego... Jesteś mi to winien.

Butler zawahał się. Rzeczywiście - Julia żyła. Była trochę ogłupiała, ale z pewnością żywa. Dotknął kciukiem spustu pistoletu. Każda komórka w jego mózgu wołała, aby go nacisnąć. Jednak... Julia żyła.

- Jesteś mi to winien, człowieku.

Butler westchnął. Wiedział, że z pewnością tego pożałuje.

- Dobrze, pani kapitan. Niech bestia żyje i walczy dalej. Ma szczęście, że jestem w dobrym humorze.

Z ust Holly wyrwał się dźwięk, na poły śmiech, na poły szloch.

- No, to pożegnajmy naszego kudłatego przyjaciela.

Władował nieprzytomnego trolla na wózek, na którym poprzednio stała zbroja, przeciągnął go do zniszczonego wejścia, po czym zamaszyście wypchnął w zawieszoną w czasie noc.

- Żebyś mi więcej tu nie wracał! - zawołał, patrząc w ciemność.


- Niesamowite - powiedział Bulwa.

- Mnie pan to mówi? - zgodził się Ogierek.

Popr
Nast