FANDOM


Przetłumaczyła: Barbara Kopeć-Umiastowska.

Popr
Nast



ROZDZIAŁ CZWARTY
UPROWADZENIE


Główny problem Artemisa polegał na tym, że nie umiał zlokalizować żadnej wróżki. Jak, u licha, znaleźć taką istotę? Nieźli spryciarze z tych elfów, włóczą się po ziemi od Bóg wie ilu tysiącleci, a nie ma ani jednego zdjęcia, ani jednej klatki wideo, nawet takiej, jak to kuglarstwo z Loch Ness. Wróżki są raczej nietowarzyskie, a do tego niebywale sprytne! Nikomu dotąd nie udało się odebrać im złota. Ale też, myślał Artemis, nikt dotąd nie czytał ich Księgi. Łamigłówki są proste, kiedy posiadamy klucz.

Artemis wezwał oboje Butlerów do gabinetu i zwrócił się do nich, stojąc na miniaturowej mównicy.

- Istnieją pewne rytuały, których musi dopełnić każda wróżka, aby odnowić swą czarodziejską moc - wyjaśnił.

Butler i Julia przytaknęli, jakby to była zwyczajna odprawa.

Artemis otworzył swój egzemplarz Księgi i odszukał odpowiedni fragment.

Twa moc tajemna z ziemi się wywodzi,

Wdzięczność okazać tedy ci się godzi.

Nasienie z ziemi podnieś- to rzecz święta -

I zakop je, gdzie dąb i rzeczka kręta.

Gdy pełny księżyc zjawi się na niebie,

Dar ziemi szczodry w ziemię zwróć w potrzebie.

Zamknął Księgę.

- Rozumiecie?

Butler i Julia znów przytaknęli; wciąż wydawali się nic nie pojmować.

- Skrzaty zobowiązane są przestrzegać pewnych obrzędów - westchnął Artemis. - Muszę dodać, że są to rytuały bardzo specyficzne i być może pozwolą nam wytropić jakiegoś duszka.

Julia, która liczyła sobie o cztery lata więcej niż Artemis, podniosła nieśmiało rękę.

-Tak?

- No, chodzi o to, Artemisie...- powiedziała z wahaniem, owijając wokół palca pasmo jasnych włosów w sposób, który miejscowym nicponiom wydawał się bardzo pociągający. - Chodzi o te skrzaty.

Artemis zmarszczył brew. Nie wróżyło to nic dobrego.

- Co chcesz powiedzieć, Julio?

- No, skrzaty. Przecież chyba nie istnieją?

Butler aż się skręcił. Właściwie wina leżała po jego stronie. Nie zdążył poinformować siostry o założeniach akcji.

Artemis popatrzył nań z wyrzutem.

- Butler z tobą nie rozmawiał?

- Nie. A powinien był?

- Jak najbardziej. Być może sądził, że go wyśmiejesz.

Butler wił się coraz bardziej. Tak właśnie sądził; Julia była jedyną osobą, która wyśmiewała się z niego z zawstydzającą regularnością. Większość ludzi mogła sobie na to pozwolić raz. Tylko raz.

Artemis odchrząknął.

- Umówmy się zatem, iż ów lud istnieje, a ja nie jestem durniem, który plecie bzdury.

Butler niepewnie skinął głową, jednak Julia nadal nie wyglądała na przekonaną.

- Do rzeczy. Wróżki, aby odnowić siły, muszą dopełnić pewnego rytuału. Zgodnie z tym, co udało mi się stwierdzić, muszą zerwać żołądź ze starego dębu, rosnącego w zakolu rzeki. I muszą to zrobić podczas pełni księżyca.

W oczach Butlera zaświtało zrozumienie.

- A więc trzeba tylko...

- ...przeprowadzić analizę porównawczą wszystkich satelitarnych prognoz pogody, co już zrobiłem. Możecie mi wierzyć albo nie, ale na świecie nie rośnie zbyt wiele starych dębów, to znaczy takich, które mają więcej niż sto lat. Kiedy uwzględnimy jeszcze zakole rzeki i pełnię księżyca, okazuje się, że musimy sprawdzić dokładnie sto dwadzieścia dziewięć miejsc w naszym kraju.

Butler uśmiechnął się szeroko. Zasadzka. Teraz panicz mówił jego językiem.

- Trzeba poczynić przygotowania na przybycie gościa - oznajmił Artemis, wręczając Julii zadrukowaną kartkę papieru. - Oto plany przebudowy piwnicy. Wykonaj to, Julio. Co do joty.

- Tak jest, Arty.

Artemis skrzywił się, ale tylko trochę. Z powodów, które nie całkiem potrafił zgłębić, nie przeszkadzało mu zanadto, że Julia używała zdrobnienia, wymyślonego dlań przez matkę.

Butler podrapał się w brodę z namysłem. Artemis zauważył jego gest.

- Jakieś pytania?

- Hmm, Artemisie... Ta wróżka w Ho Szi Min...

- Rozumiem - kiwnął głową Artemis. - Dlaczegośmy po prostu nie porwali tej staruchy?

- Właśnie, sir.

- W Almanachu Małego Ludu, rękopisie z siódmego wieku autorstwa Chi Luna, odkrytym w starożytnym mieście Sh'shamo, napisane jest: „Gdy wróżka raz napije się gorzałki z Błotnymi Ludźmi - uwaga, to my - umiera na zawsze dla swoich braci i sióstr". Nie ma więc gwarancji, że ta konkretna wróżka warta byłaby choćby uncję złota. Nie, drogi przyjacielu, potrzebujemy świeżej krwi. Wszystko jasne?

Butler przytaknął.

- Dobrze. Teraz będziesz musiał przygotować ekwipunek na nasze księżycowe wyprawy.

Butler rzucił okiem na kartkę - podstawowy sprzęt polowy, parę nietypowych zamówień, ale nic szczególnego, chyba że...

- Ciemne okulary? Na noc? Kiedy Artemis uśmiechał się tak jak teraz, miało się wrażenie, iż za chwilę wyrosną mu kły wampira.

- Owszem, Butler. Okulary przeciwsłoneczne. Zaufaj mi.

Co też Butler uczynił. Bezwarunkowo.


Na wysokości czterech tysięcy metrów Holly uruchomiła spiralę grzewczą w kombinezonie. Skrzydła typu koliber były najlepsze w swojej klasie. Wskaźnik baterii pokazywał wartość cztery - nawet więcej, niż wymagał szybki wypad z Europy kontynentalnej na Wyspy Brytyjskie. Oczywiście, regulamin nakazywał, aby w miarę możności wybierać trasy, prowadzące ponad wodą, ale Holly nie mogła się oprzeć, by w drodze nie strącić śniegowej czapy z najwyższego szczytu Alp.

Kombinezon osłaniał Holly przed najbardziej uciążliwymi skutkami wysokości, lecz mimo to czuła, że chłód przenika ją do szpiku. Księżyc z tej perspektywy wydawał się ogromny i SKRZATka z łatwością rozróżniała kratery na jego powierzchni. Dzisiaj tworzył on doskonały krąg - magiczną pełnię. Urząd imigracyjny miał w takie noce pełne ręce roboty, gdyż tysiące wróżek, stęsknionych za powierzchnią ziemi, ulegały nieodpartemu czarowi księżyca i instynktownie podążały na górę. Huczne świętowanie tych, którym udawało się przedostać przez kordon, zazwyczaj stawało się przyczyną niezłego zamętu. Pod ziemią ciągnęły się istne labirynty nielegalnych tuneli, a policja nie mogła wszak patrolować ich wszystkich.

Lecąc wzdłuż włoskiego wybrzeża, Holly dotarła do Monako, po czym przekroczyła Alpy i znalazła się we Francji. Jak każda wróżka uwielbiała latać. Wedle słów Księgi, kiedyś także rasa elfów posiadała skrzydła, lecz ewolucja odebrała im ten narząd. Tylko chochliki go zachowały. Istniał nawet pogląd naukowy utrzymujący, że Lud wywodzi się od latających dinozaurów, prawdopodobnie pterodaktyli, a to ze względu na podobieństwo górnej części szkieletu. Teoria ta z pewnością tłumaczyła spiczaste uszy wróżek, a także maleńkie kostne wypukłości na szczytach obojczyków.

Przez chwilę Holly igrała z pomysłem, by odwiedzić Disneyland pod Paryżem. Kilkoro tajnych agentów SKRZAT pracowało tam na stałe, głównie w części poświęconej Królewnie Śnieżce. Było to jedno z niewielu miejsc na powierzchni ziemi, gdzie Lud mógł przebywać niezauważony. Ale gdyby jakiś turysta zrobił Holly zdjęcie, które trafiłoby do Internetu, Bulwa z pewnością odebrałby jej odznakę. Wzdychając z żalu, minęła jaśniejącą poniżej feerię wielobarwnych świateł i wkrótce znalazła się nad kanałem La Manche.

Obniżyła lot i prawie biegnąc po białych grzywach fal, zawołała raz i drugi. Nad wodę wyskoczyły delfiny i popłynęły obok, dzielnie dotrzymując jej kroku. Na grzbietach zwierząt Holly dostrzegła zgubne skutki zatrucia środowiska - białe plamy i otwarte czerwone rany. I chociaż uśmiechała się do nich, serce jej pękało. Doprawdy, Błotni Ludzie mieli wiele na sumieniu.

Wreszcie dostrzegła przed sobą zarys lądu - Stary Kraj, Eiriu, krainę, gdzie zaczął się czas, najbardziej magiczne miejsce na całym globie. To tutaj dziesięć tysięcy lat temu starożytna rasa wróżek De Danann pokonała demona Fomoriana, wykuwając potęgą swych czarów słynną Groblę Olbrzymów. To tutaj znajdowała się Lia Fail, skała środka wszechświata, gdzie koronowano królów wróżek, a także, wiele wieków później, człowieka imieniem Ard Ri. I to tutaj, niestety, ludzie byli najbardziej wrażliwi na magię, co sprawiało, że tutejszy wskaźnik dostrzeżeń członków Małego Ludu zaliczał się do najwyższych na świecie. Na szczęście reszta świata uważała Irlandczyków za wariatów, Irlandczycy zaś nie czynili nic, by zmienić to mniemanie. Nie wiadomo dlaczego, wbili sobie również do głów, że każda wróżka targa ze sobą garnek złota. Prawda, że funkcjonariusze SKRZAT stworzyli fundusz okupowy ze względu na wysokie ryzyko, związane z ich zawodem, jednakże nigdy jeszcze żaden człowiek nie otrzymał zeń ani grosza. A jednak cała populacja Irlandczyków nieodmiennie czatowała przy każdej tęczy w nadziei wygrania losu na nadprzyrodzonej loterii.

Mimo tych zastrzeżeń Irlandczycy stanowili jedyny naród na świecie, z którym Mały Lud odczuwał pewną więź. Być może stało się tak wskutek ekscentrycznych nawyków mieszkańców Szmaragdowej Wyspy, być może przyczyną było ich przywiązanie do tak zwanego craic. Jeżeli jednak - jak twierdziła jeszcze inna teoria -Mały Lud łączyło kiedyś pokrewieństwo z ludźmi, wszystko wskazywało na to, że obie rasy wywodzą się z Irlandii.

Holly wybrała opcję mapy na nadgarstkowym radiolokatorze i kazała odszukać źródła magicznych mocy. Najlepsze źródło, rzecz jasna, znajdowało się w Tarze, nieopodal Lia Fail, ale w taką noc jak dzisiejsza każda kochająca tradycję wróżka, która załatwiła sobie przepustkę na górę, z pewnością zamierzała udać się tam na tańce. Należało poszukać czegoś innego.

Niedaleko, na południowo-wschodnim wybrzeżu, radiolokator wskazał magiczne miejsce o lokalnym znaczeniu, łatwo dostępne z powietrza, lecz położone na uboczu i niechętnie odwiedzane przez istoty lądowe. Holly zmniejszyła obroty i zeszła na wysokość osiemdziesięciu metrów. Przeleciała nad szczotką iglastego lasu i ujrzała łąkę, zalaną światłem księżyca. Przecinała ją srebrna wstążka rzeczki, w której ciasnym zakolu wznosił się dumny dąb. Holly sprawdziła na radiolokatorze, jakie formy życia znajdują się w pobliżu, i uznawszy, że krowa na sąsiednim pastwisku nie stanowi zagrożenia, zgasiła silniki, po czym miękko wylądowała u stóp potężnego drzewa.


Cztery miesiące czekania. Nawet zawodowiec doskonały, taki jak Butler, jął z lękiem myśleć o długim czuwaniu w ciemności i wilgoci, wśród nieznośnie kąsających owadów.Całe szczęście, że pełnia nie zdarzała się co noc.

Wszystko zawsze przebiegało tak samo. W całkowitej ciszy trwali skuleni pod osłoną foliowej kryjówki; Butler raz po raz sprawdzał sprzęt, Artemis siedział bez ruchu z okiem przyklejonym do okularu noktowizora. W takich chwilach odgłosy przyrody w pobliżu ich ciasnego schronienia wydawały się wręcz ogłuszające. Butler marzył, by zagwizdać, zagadać, zrobić cokolwiek, aby przerwać nienaturalne milczenie. Lecz koncentracja Artemisa była absolutna. Nie zniósłby żadnego zakłócenia, żadnego rozproszenia uwagi. Toczyła się wojna.

Dziś czuwali na południowym zachodzie, w miejscu jak dotąd najbardziej niedostępnym. Butler musiał trzykrotnie wracać do furgonetki, aby przenieść sprzęt przez płot, grzęzawisko i dwa pola. Buty i spodnie nadawały się tylko do wyrzucenia. A teraz utknął w jakimś rowie, mocząc sobie siedzenie, podczas gdy Artemis w niepojęty sposób zachował nieskazitelny wygląd.

Projekt kryjówki był niezwykle pomysłowy i wiele firm, zwłaszcza ze zbrojeniówki, zdążyło już wyrazić nim zainteresowanie, ale Artemis postanowił, że sprzeda patent międzynarodowemu producentowi sprzętu sportowego. Konstrukcja składała się z elastycznej folii polimerowej, rozpiętej na wielozawiasowym rusztowaniu z włókna szklanego. Folia, podobna do używanej przez NASA, zatrzymywała wewnątrz ciepło, a jej zamaskowana strona zewnętrzna zapobiegała zbytniemu przegrzaniu, dzięki czemu zwierzęta wrażliwe na promieniowanie cieplne nie zwracały na nią uwagi. Zawiasy sprawiały, że powłoka przemieszczała się niemal jak płyn, wypełniając każde zagłębienie, w którym się znalazła. Dawała błyskawiczne schronienie i punkt obserwacyjny - wystarczyło po prostu włożyć foliową torbę do dziury i pociągnąć za sznurek.

Ale cały spryt świata nie zdołałby poprawić nastroju Artemisa. Coś go trapiło - wskazywała na to wyraźnie siateczka przedwczesnych zmarszczek wokół jego ciemnoniebieskich oczu.

Po kilku nocach, spędzonych na bezowocnym czuwaniu, Butler zebrał się na odwagę.

- Artemisie - zagaił nieśmiało - zdaję sobie sprawę, że to nie moja sprawa, ale chyba coś cię martwi. Więc jeśli mogę w czymś pomóc...

Artemis milczał przez kilka chwil. I przez kilka chwil Butler widział przed sobą twarz małego chłopca - chłopca, którym Artemis kiedyś mógł się stać.

- Chodzi o mamę, Butler - powiedział w końcu. - Zaczynam myśleć, że ona nigdy...

Lecz w tym momencie lampka sygnalizująca kontakt zapłonęła czerwienią.


Holly powiesiła skrzydła na niskiej gałęzi i zdjęła kask, aby przewietrzyć uszy. Uszy elfów wymagały wielkiej troskliwości - kilka godzin w kasku i zaczynały się łuszczyć. Pomasowała czubki. Skóra nie była sucha, pewnie dlatego, że codziennie poddawała ją zabiegom nawilżającym. Nie tak, jak niektórzy chłopcy w SKRZAT - kiedy taki zdjął kask, można by przysiąc, że właśnie zaczyna padać śnieg.

Zatrzymała się na chwilę, zachwycona widokiem. Irlandia słynęła z malowniczości, której nawet Błotni Ludzie nie zdołali popsuć, przynajmniej na razie. Może za dwa, trzy stulecia... Przed nią, niczym srebrny wąż, wiła się rzeczka, łagodnie bulgocząc na kamieniach. Nad głową Holly szumiał dąb, gałęzie ocierały się o siebie na rześkim wietrze.

Do roboty! Jeszcze przyjdzie pora na podziwianie krajobrazu. Żołądź. Potrzebowała żołędzi. Schyliła się, rozgarniając suche liście i patyki, aż poczuła pod palcami gładki kształt. No, to nie było takie trudne, prawda? - pomyślała. Teraz musi tylko zasadzić ją w innym miejscu i jej moc natychmiast powróci.


Butler sprawdził przenośny radar, ściszając brzęczyk, aby nie zdradził ich położenia. Czerwona strzałka omiatała ekran z nieznośną powolnością, aż wtem... błysk! Pod drzewem stała jakaś postać! Zbyt mała na dorosłego, o niewłaściwych proporcjach jak na dziecko. Butler uniósł kciuk, dając Artemisowi znak, że coś chyba znaleźli.

Artemis skinął głową i zapiął okulary odblaskowe. Butler ruszył w ślad za nim, zdjąwszy osłonę z gwiazdowizora, zamontowanego na lufie karabinu. Nie był to zwykły miotacz strzałek. Wykonany specjalnie dla łowcy słoni, miał zasięg i szybkostrzelność kałasznikowa, kiedy zaś kłusownik został stracony, Butler kupił go za grosze od kenijskiego urzędnika rządowego.

Cicho i zręcznie wyczołgali się z kryjówki. Drobna postać przed nimi odpięła od ramion jakieś urządzenie i zdjęła kask z głowy, która - sądząc z zarysu - z pewnością nie należała do człowieka. Butler dwukrotnie owinął pasek karabinu wokół nadgarstka i przycisnął kolbę do ramienia. Uruchomił celownik i na plecach postaci pojawiła się czerwona kropka. Artemis kiwnął głową i służący nacisnął spust. Prawdopodobieństwo takiego zdarzenia wynosi milion do jednego - a jednak postać pod drzewem wybrała właśnie ten moment, aby się schylić.


Coś bzyknęło nad głową Holly i zabłysło w świetle gwiazd. SKRZATka spędziła na służbie dostatecznie wiele godzin, aby się zorientować, że jest pod ostrzałem. Padła na ziemię i natychmiast zwinęła się w kłębek, aby stanowić jak najmniejszy cel.

Przetoczyła się pod osłonę dębu i wyciągnęła pistolet, równocześnie gorączkowo analizując wszystkie możliwości. Kto mógł do niej strzelać i dlaczego?

Jednak pod drzewem ktoś na nią czekał - osobnik o rozmiarach góry, ale znacznie bardziej ruchliwy.

- Niezła pukawka - nieznajomy wyszczerzył zęby w uśmiechu, chwytając dłoń Holly w kułak wielkości rzepy. Udało się jej wyrwać palce, zanim pękły niczym suche nitki spaghetti.

- Pewnie nie zechcesz poddać się bez walki? - odezwał się lodowaty głos za plecami Holly. Odwróciła się z łokciami uniesionymi do walki wręcz.

- Nie zechcesz - chłopiec westchnął teatralnie. - Tak przypuszczałem.

Holly zdobyła się na odważną minę.

- Cofnij się, człowieku. Nie wiesz, z kim masz do czynienia.

- Droga wróżko - zaśmiał się chłopiec - sądzę, że to ty się nie orientujesz.

Wróżko? Wiedział, że ona jest wróżką?

- Mam czarodziejską moc, błotny robaku. Tak wielką, że mogłabym zamienić ciebie i twego goryla w świńskie łajno.

Chłopiec przybliżył się o krok.

- Odważne słowa, panienko. Ale nieprawdziwe. Gdybyś miała moc, tak jak mówisz, już byś jej użyła. Nie, wydaje mi się, że zbyt długo obywałaś się bez Rytuału i przybyłaś tutaj, aby odzyskać siły.

Holly oniemiała. Oto stojący przed nią człowiek beztrosko klepał o najświętszych tajemnicach Małego Ludu! To była katastrofa. Kataklizm. To mogło oznaczać koniec wielowiekowego pokoju. Z chwilą gdy ludzie uświadomią sobie istnienie subkultury wróżek, wojna stanie się tylko kwestią czasu. Gatunek ludzki zawsze wszczynał wojny. Musiała natychmiast coś zrobić, lecz miała w zanadrzu już tylko jedną broń.

Mesmeryzacja jest najniższą formą czarów i wymaga jedynie odrobiny mocy. Bywają nawet ludzie utalentowani w tym kierunku. Każda, najbardziej wyczerpana wróżka może każdemu człowiekowi zrobić całkowitą wodę z mózgu. Holly sięgnęła do resztek mocy, zgromadzonych u podstawy jej czaszki.

- Człowieku - zaintonowała, a w jej głosie zabrzmiały basowe tony. - Twoja wola należy do mnie.

Artemis uśmiechnął się, bezpiecznie ukryty za odblaskowymi szkłami.

- Wątpię - rzekł i skinął głową.

Holly poczuła, że jej kombinezon przebija strzałka, do żył zaś płynie succinylcholinowy środek nasenny na bazie chloru. W świecie, który rozpłynął się w serię baniek mydlanych w technikolorze, Holly, pomimo rozpaczliwych wysiłków, umiała się skupić tylko na jednej myśli: „Skąd wiedzieli?" Myśl owa krążyła po jej głowie jeszcze w chwili, gdy traciła przytomność. Skąd wiedzieli? Skąd wiedzieli? Skąd wie...

Artemis dostrzegł ból w oczach wróżki, gdy wystrzelona igła pogrążała się w jej ciele. Przez moment targnęły nim wyrzuty sumienia. Istota płci żeńskiej. Tego się nie spodziewał. Taka sama jak Julia albo mama. Ale chwila słabości minęła i znów stał się sobą.

- Dobry strzał - rzekł, pochyliwszy się, by obejrzeć więźnia. Stanowczo: dziewczyna. I do tego ładna. Choć trochę spiczasta.

- Artemisie?

- Tak?

Butler wskazywał kask, który wciąż leżał na poły zagrzebany w liściach tam, gdzie upuściła go Holly. Dobiegało zeń ciche brzęczenie.

Artemis podniósł urządzenie za pasek, szukając źródła dźwięku.

- No, proszę - powiedział.

Wyciągnął kamerę z uchwytu, skrupulatnie odwracając obiektyw od siebie.

- Elfia technologia. Imponujące - mruknął, wyjmując baterię. Kamera jęknęła i zgasła.

- Atomowe źródło zasilania, jeśli się nie mylę. Nie wolno nam lekceważyć przeciwnika.

Butler mruknął coś pod nosem i wepchnął schwytaną wróżkę do dużej torby. Jeszcze jedna rzecz, którą będzie musiał dźwigać przez dwa pola, grzęzawisko i płot.

Popr
Nast